„Bardzo chciałbym zapomnieć…” – czy aby na pewno?

Wielu z nas często myśli o tym, że chciałoby zapomnieć o jakiś chwilach, zdarzeniach z życia, czy traumach. Ja pewnie też wiele razy tak myślałem, do czasu aż… wyjechałem do Maroko i wybrałem się w góry Atlas, gdzie w wyniku wypadku lub napaści straciłem pamięć. Tak, tak nie pamiętam całego swojego życia, całych 43 lat, aż do momentu opuszczenia szpitala w Marakeszu (obecnie jestem w Polsce pod opieką neurologa i psychologa, którzy są dobrej myśli i twierdzą, że pamięć wróci mi w ciągu kilku miesięcy, choć możliwe, że nie cała).

Ta podróż miała być pewnie kolejną, z której relacjami miałem się z Wami dzielić, i co nawet, z tego co widzę na tym blogu, zacząłem się z tego wywiązywać. No cóż, pech, karma, czy ludzka głupota zniweczyły moje plany.

mozg

Moje „nowe” życie zaczęło się pewnego lutowego wieczora, z chwilą opuszczenia szpitala, gdy całkowicie zdezorientowany, bez bagażu i pieniędzy (130 dh, teoretycznie starcza na przysłowiowe waciki) zacząłem się błąkać po ulicach jednego z piękniejszych marokańskich miast. W wielkim białym bandażu na głowie i twarzy w dużych świeżych strupach krwi, nie budziłem zbytniego zaufania, choć prawdę mówiąc miałem to głęboko gdzieś. Po jakimś bliżej nieokreślonym czasie trafiłem na plac budowy, gdzie znużony schowałem się za krzakami i ułożyłem do snu na betonowej płycie – temperatura kilka stopni powyżej zera nie przerażała mnie, mój umysł przestał pracować, chciałem tylko jednego – spać.

Gdy obudziłem się zaczęło już szarzeć niebo, zaczynał się nowy dzień – mój pierwszy dzień walki o powrót do kraju i odzyskanie pamięci.

Ze znalezionego w kieszeni moich bojówek paszportu poznałem swoje imię i nazwisko, oraz dowiedziałem się że jestem Polakiem, natomiast w głowie dudniły mi dwa słowa „konsulat” i „Agadir”. Powłócząc nogami (utrata krwi i brak jedzenia i wody), poczłapałem w kierunku, który wskazał mi napotkany po drodze człowiek. Po dość długim marszu, często przerywanym postojami na złapanie oddechu dotarłem w okolice dworca kolejowego i autobusowego. Jacyś ludzie wskazali mi kasy tego drugiego. Ledwie słyszalnym i drżącym głosem spytałem o cenę biletu do Agadiru, i tu moje pierwsze zdziwienie – 100 dh, opaczność nade mną czuwała. Kupiłem bilet, mój autobus odjeżdżał za 4 godziny, więc usiadłem na siedzeniu w poczekalni i zapadłem w sen. Nie dane mi jednak było wypocząć, mój niechlujny wygląd, oraz ubranie i buty przesiąknięte zaschłą krwią przyciągnęły uwagę policjanta, który zaczął coś do mnie mówić. No tak, ale bądź tu człowieku mądry i zrozum arabski, sięgnąłem więc do kieszeni i podałem mu mój bilet, o dziwo wystarczyło, odczepił się. Gdy znowu przysypiałem, ten uparty gość znowu stanął przede mną, grrr – czego on znowu chce pomyślałem, a on zaczął dawać mi znaki, żebym za nim poszedł, co było robić wstałem i poszedłem. Wyszliśmy przed budynek, a on zaczyna pokazywać mi moją kieszeń, po raz kolejny wyciągnąłem i pokazałem mu bilet, facet go złapał wyciągnął długopis i zaczął skreślać informacje o godzinie odjazdu i miejscu w autobusie, zawzięcie przy tym mówiąc (oczywiście po arabsku). Za chwilę wziął mnie pod rękę i zaprowadził do stojącego nieopodal autobusu, palcem wskazał na tablicę z kierunkiem jazdy i wepchnął mnie do środka, okazało się, że we wcześniejszym autobusie do Agadiru było jedno miejsce wolne. Idę spać pomyślałem i tak też zrobiłem, spałem całą drogę.

Po kilku godzinach jazdy, bynajmniej nie pokrzepiony snem, wraz z innymi ludźmi wyszedłem na płytę dworca w Agadirze. Jako, że Maroko jest państwem policyjnym nie miałem problemu ze znalezieniem policjanta, którego zacząłem wypytywać o konsulat (no dobrze wypytywać to za dużo powiedziane, rzucałem słowami – nic nie pamiętam, gdzie jest polski konsulat, proszę o pomoc). Po konsultacjach ze swoim kolegą, policjant wskazał mi drogę na… komisariat policji. Gdy po około 20 minutach doczłapałem we wskazane miejsce okazało się, że niestety nikt tam nie zna angielskiego, że o polskim już nie wspomnę (Maroko to kraj francuskojęzyczny, a i w tym języku wielu nie potrafi tam rozmawiać). Po kolejnych konsultacjach wsadzono mnie do przejeżdżającej taksówki i podano taksówkarzowi cel podróży, o jak ja się głupi cieszyłem, że zaraz trafię w polskie ręce. Taksówka zatrzymała się pod dużym budynkiem, który okazał się głównym komisariatem policji w Agadirze (kolejne drobniaki opuściły moją kieszeń), tam znowu od początku zacząłem tłumaczyć o co mi chodzi i znowu zostałem odesłany, tym razem na drugą stronę tego budynku, gdzie w końcu ktoś mnie zrozumiał, po 10 minutach oczekiwania dostałem karteczkę z dwoma numerami telefonu i informacją, że w Agadirze nie ma polskiego konsulatu i mam sobie do niego zadzwonić. Dla nich sprawa była załatwiona, nawet nie chciano mi użyczyć telefonu (mój został mi skradziony).

Zrezygnowany wyszedłem na ulicę i nie wiedząc gdzie się udać, zacząłem pierwszy raz tego dnia płakać. I wtedy natknąłem się na wychodzącego z pracy, porządnie i schludnie wyglądającego policjanta, który o dziwo podszedł do mnie i spytał po angielsku co się stało, gdy wyjaśniłem mu ciągle zalewając się łzami jaki mam problem, wziął ode mnie kartkę z numerami i wyciągnął swój telefon, niestety się nie dodzwonił, ale nie poddał się. Powiedział mi, że mam iść za nim i wsiedliśmy do jego prywatnego samochodu, po czym pojechał ze mną na posterunek policji turystycznej, gdzie od wejścia zrobił straszną awanturę, po której od razu się mną zajęto. Dostałem małą butelkę wody, a po chwili podjechał policyjny bus do którego przedniej kabiny mnie załadowano, około pół godziny krążyliśmy po mieście, aż w końcu się zatrzymaliśmy. Głowa sama mi już opadała i zaczynał się kolejny etap mojej „wszystkojedności”, poczułem jednak lekkie szturchnięcie, to młody policjant w koszulce z dużym sierpem i młotem okraszonej napisem CCCP, coś mi z uśmiechem pokazywał. Gdy mój wzrok podążył za jego palcem ujrzałem łopoczącą na wietrze flagę, miała barwy biało-czerwone, a na jej środku dumnie prężył pierś orzeł w koronie – znowu poleciały mi łzy, tym razem z radości i ulgi. Niestety po około 20-to minutowym postoju pod, jak się później okazało, polskim konsulatem honorowym, pojechaliśmy znowu na komisariat policji, gdzie powiedziano mi, że mam się nie denerwować, bo wszystko już będzie OK i zaraz przyjdzie, ktoś znający język polski i zajmie się moją sprawą. „Zaraz” trwało kilka godzin, w czasie których zapadłem w sen. Obudził mnie stojący Marokańczyk, który łamanym polskim (nauczył się go podczas kilkuletniego pobytu w Poznaniu), uspokoił mnie, że wszystko już jest załatwione i zaraz pojedziemy do hotelu, gdzie będę przebywał aż do wylotu do Polski.

Dalszą część mojej marokańskiej historii opiszę jutro, a zapewniam Was, że działo się jeszcze dużo nim wróciłem do kraju.

11 uwag do wpisu “„Bardzo chciałbym zapomnieć…” – czy aby na pewno?

  1. Gdyby nie to, że zdarzyło Ci się to naprawdę, można by mysleć, że to scenariusz jakiegoś kryminału. Ale jesteś w Polsce, żyjesz, zatem mogę spokojnie poczekać na dalszy ciąg opowieści.
    Wesołych Świąt! 🙂

    Lubię to

      1. Moi znajomi przeżyli w Maroko nieco podobną przygodę, na granicy koszmaru, wybrali się na zwiedzanie Maroka na własną rękę. Kilka razy mieli sytuacje krytyczne, ale jakieś anioły czuwały 🙂

        Lubię to

  2. Pingback: Share Week 2016, czyli bloger blogerowi aniołem. - Primo CappuccinoPrimo Cappuccino - Blog pilota wycieczek: o Włoszech, Slow Life i dobrej kawie.

    1. Primocappuccino dziękuję Ci za słowa otuchy. Lekarze są dobrej myśli, więc i ja jestem przepełniony nadzieją, że wszystko wróci. Strach już mi minął, czasami wkrada się jeszcze zwątpienie i zdezorientowanie, ale walczę z tym, a dzięki pomocy przyjaciół, znajomych, a czasami i osób postronnych składam swoją przeszłość do kupy.
      Jedno wiem na pewno zdarzenie, które mnie spotkało nie zabiło we mnie pasji do podróży, gdy słyszę relacje znajomych, gdy przeglądam mojego bloga oraz wykonane przeze mnie zdjęcia, twierdzę, że świat jest piękny i warto go poznawać. Ja teraz robię to na nowo, na razie poznaję miasto, w którym się wychowałem, potem, gdy już przejdę proces rekonwalescencji (a więc raczej w przyszłym roku) mam zamiar odwiedzić miejsca, które podobno bardzo lubiłem – Włochy i Paryż.
      Ważne jest też dla mnie to, że wiem, że wokół mnie jest wiele życzliwych osób, które kibicują mi w powrocie do zdrowia, dodaje to naprawdę dużo siły.

      Lubię to

  3. Pingback: Refleksje urodzinowe – Przekraczając granice

  4. Pingback: Odkrycia 2016 – Przekraczając granice

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s