Żeromski, zwariowany pies i harleyowcy

Kolejny dzień na mojej liście przyjacielskiego prezentu zakładał zwiedzenie domu Stefana Żeromskiego, ruin zamku, z którymi a jakże wiąże się legenda, oraz podróż do katolickiego sanktuarium. Udało nam się zwiedzić wszystko, a nawet więcej niż zakładaliśmy, a wieczorem…

Może jednak zacznę od początku. Jak już wiecie z poprzedniego tekstu w nocy nie spałem, bo słuchałem muzyki, ranek był więc trochę senny w moim wykonaniu, ale dwie mocne kawy i chłodny prysznic postawiły mnie na nogi i mogliśmy wyruszyć na dalsze odkrywanie uroków województwa świętokrzyskiego. Przed wyjazdem właścicielka kwatery poinformowała nas jeszcze, że wieczorem mają przyjechać harleyowcy, w jej ustach zabrzmiało to dość groźnie wiec zaczęliśmy ją wypytywać czy ich zna. Stwierdziła, że jednego z nich zna jej mąż, który obecnie przebywa za granicą. Wiedziała natomiast, że po przyjeździe zamierzają zorganizować imprezę na dworze przy dostępnym na podwórku grillu.

Pierwszym miejscem do którego się udaliśmy była niewielka wieś Ciekoty, oddalona od naszej kwatery o kilkanaście kilometrów, więc dotarliśmy tam dość szybko. Nazwa „Szklany Dom” nie była zbyt adekwatna do betonowego budynku, który zobaczyliśmy.

Gdy weszliśmy do środka naszym oczom ukazał się niecodzienny widok, bo czyż takim można nazwać dziesiątki lecących do nieba książek. Nie, nie mówię tu o jakimś obrazie, czy rzeźbie, mówię o prawdziwych książkach, które rozpostarłszy kartki niczym ptaki podążają w kierunku chmur. Gdy Ewa kupiła bilety mogliśmy zacząć zwiedzać, początkowo udaliśmy się do sali, w której umieszczone były wiszące na ścianach ludowe kilimy. Po kilkunastu minutach podeszła do nas pani przewodnik, która zaprosiła nas do mieszczącego się nieopodal budynku będącego rekonstrukcją zniszczonego w 1900 roku w pożarze domu zamieszkiwanego przez 12 lat przez rodzinę Stefana Żeromskiego.

Wewnątrz znajduje się wystawa dokumentująca życie i twórczość naszego wielkiego pisarza, wśród zbiorów znalazły się pamiątki po Stefanie Żeromskim, portrety rodzinne oraz wiele przedmiotów użytku codziennego. Świat wewnątrz tego niewielkiego dworu zatrzymał się jakby w miejscu. Po zwiedzeniu wnętrz wyszliśmy pospacerować po terenach przyległych. Podziwiając, wśród śpiewu ptaków i rechotu żab, przepiękne widoki na staw i otaczające to miejsce wzgórza zrozumieliśmy miłość pisarza do gór świętokrzyskich.

Po chwili relaksu załadowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w kierunku Bodzentyna, miasteczka w którym znaleźć można kilka bardzo ciekawych obiektów. Samochód zostawiliśmy na rynku i poszliśmy w kierunku wyraźnie wybijającego się w małomiasteczkowej zabudowie dużego kościoła. Świątynia pod wezwaniem  Wniebowzięcia NMP i świętego Stanisława pochodzi z polowy XV wieku, choć pierwotnie na jej miejscu stała już kaplica datowana na 1380 rok. Tragiczny dla tego miejsca okazał się rok 1656, kiedy to wycofujące się wojska szwedzkie wysadziły stojący nieopodal zamek, przyczyniając się tym do powstania wielu ognisk pożarów, z których jeden mocno zniszczył dach oraz wnętrza kościoła. Przygotowując odbudowę, postanowiono również o przebudowaniu budynku. Późniejsze lata doprowadziły do wprowadzania kolejnych ulepszeń, najpoważniejsze dotyczące wnętrz wykonano w XVIII wieku, gdy nadano im barokowy wygląd. Do bodzentyńskiej świątyni trafił też ołtarz główny z katedry na Wawelu z XV wieku.

Jak już wspomniałem tuż obok kościoła znajduje się zamek, a właściwie jego ruiny. Z budowlą tą wiążą się też różne legendy i podania. Jedna z nich jest dość mroczna, bo dotyczy warunków w jakich przetrzymywani byli więźniowie osadzeni w lochach. Podobno jednego z reformatorskich uczonych zamknięto w podziemiach wraz z jego księgami, nie dbano jednak o podawanie mu posiłków, więc aby przeżyć musiał on zacząć jeść swoje druki. Spożywał je tak długo, aż nic już po nich nie zostało, o tym co później z nim się stało niestety historia milczy.

Początków zamku należy doszukiwać się w XIV wieku, kiedy to postawiono w Bodzentynie pierwszy murowany budynek, będący siedzibą biskupa Bodzanta. W czasie koncentracji wojsk mających wyruszyć na pola pod Grunwaldem przebywał tu w gościnie u biskupa Władysław Jagiełło. Znaczne rozbudowy zamku miały miejsce w XV i XVI wieku, kiedy dodano nowe skrzydła i dodatkowe pomieszczenia. Dopiero wybudowanie nowej siedziby dla biskupów krakowskich w Kielcach spowodowało, że Bodzentyn zaczął tracić na wartości, aż w XVIII wieku został przekształcony w spichlerz i szpital wojskowy. Później było już tylko gorzej, w końcu zamek stał się miejscem pozyskiwania taniego surowca budowlanego.  Obecnie mury są zabezpieczone i udostępnione zwiedzającym, nie są jednak planowane żadne prace zmierzające do rekonstrukcji tego miejsca.

Prosto z ruin udaliśmy się do kolejnego XV-to wiecznego kościoła. Przez kilka stuleci traktowany był on jako kaplica przyszpitalna, stąd też patron tego miejsca, którym jest Duch Święty. Wnętrza choć dość surowe warte są jednak obejrzeniu. Aż do początków XX wieku znajdowała się tu ponoć cudowna figura Matki Bożej, która zasłynęła z ocalenia ludzi od zarazy jaka w XVII wieku nawiedziła Bodzentyn. Dzisiaj nie ma już jednak po niej śladu, gdyż uległa zniszczeniu podczas pożaru w 1917 roku. Na tyłach świątyni możemy znaleźć kilka figur, natomiast na mnie największe wrażenie zrobiła zdawałoby się niepozorna kupka kamieni ułożona pod płotem, na której znajduje się tabliczka z grobu półtorarocznego dziecka stylizowana w formę lutni.

Kilka uliczek dalej natknąć można się na zdawałoby się niepozorny wiejski budynek. Nie dajcie się jednak zwieść, jest to zabytkowa zagroda w formie zamkniętego czworoboku. Zagrodę Czernikiewiczów, będącą własnością Muzeum Wsi Kieleckiej można zwiedzać, choć gdy dotarliśmy do niej już prawie mieliśmy zrezygnować, gdyż wszystko było pozamykane na cztery spusty. Na szczęście Arek dojrzał niewielką kartkę z numerem telefonu, a Ewa zadzwoniła pod niego, już po chwili z sąsiedniego domu wyszła pani, która zaprosiła nas do wnętrz i opowiedziała nam o życiu jakie się tu toczyło.

Liczne eksponaty znajdujące się na tej wystawie etnograficznej pogrupowano odpowiednio do ich przeznaczenia, tworząc wydzielone pomieszczenia charakterystyczne dla odpowiadających im czasów. Natomiast w części podwórka znaleziono miejsce na środki transportu i narzędzia rolnicze. Nasze zdziwienie wzbudził wydrążony pień drzewa, który okazał się… budą dla psa.

Pożegnawszy się z miłą panią przewodnik powróciliśmy do samochodu i udaliśmy się do Sanktuarium w Kałkowie. Gdy dotarliśmy na miejsce postanowiliśmy bez pośpiechu przespacerować się po całym terenie, a dopiero później odwiedzić główne budynki tego miejsca. Nasz trochę zdawałoby się chaotyczny marsz doprowadził nas na tyły sanktuarium, gdzie przez niewielką bramę weszliśmy na teren drogi krzyżowej. Figury na poszczególnych stacjach wykonane są w naturalnych rozmiarach, co sprawia dość ciekawe wrażenie. Gdy tak spacerowaliśmy z Arkiem powoli wśród zieleni, zawołała nas Ewa, która dotarła już do mini zoo. Różne domowe zwierzęta aż prosiły się, by podać im jakiś smakołyk lub je pogłaskać. Dzieci muszą mieć w tym miejscu ogromną radochę, zresztą nie oszukujmy się nie tylko one, ja sam zerwałem trochę trawy i zacząłem karmić nią młodego daniela.

Tak podążając powoli doszliśmy do dość specyficznej budowli mającej symbolizować wzgórze Golgoty, nazwane Golgotą Wschodu. A skąd taka nazwa? Pomysł wybudowania takiej instalacji zrodził się bowiem wśród polskich kresowiaków, chcących upamiętnić tragedię Polaków mieszkających na ziemiach wschodnich, którzy 17 września 1939 roku stracili swoje życie, domy i rodziny.  Na wierzchołku znajduje się duży krzyż, a u jego podnóża platforma widokowa, skąd rozciąga się widok na całą okolicę. Wewnątrz „wzgórza” znajdziemy natomiast pomieszczenia mające upamiętniać wiele tragicznych dla Polaków zdarzeń. W 2012 roku dodano też makietę (niezbyt udaną) samolotu, w którym w wyniku wypadku w Smoleńsku stracili życie polscy politycy.

Z Golgoty Wschodu udaliśmy się w kierunku kościoła pod wezwaniem Bolesnej Królowej Polski wzniesionego w latach 80-tych XX wieku. Po drodze minęliśmy jeszcze dużą figurę Chrystusa. Tuż za nią pojawił się spacerujący wolno pies. Jak się okazuje jestem miłośnikiem zwierząt (tego też nie pamiętałem), zawołałem więc czworonoga i zacząłem go drapać za uchem oraz głaskać, a po chwili zacząłem zabawę ruchową – ja uciekałem pies mnie gonił. Podczas tej zabawy pies nagle ujął mój nadgarstek w pysk (zrobił to bardzo delikatnie) i zaczął mnie prowadzić. Chcąc zobaczyć co z tego wyniknie pozwoliłem mu na to i poszedłem za nim, tak idąc „doszliśmy” do schodów prowadzących do kościoła. Jeszcze chwila zabawy i razem z przyjaciółmi postanowiliśmy zwiedzić wnętrza świątyni, ale co zrobić z psem, który już raźno spacerował przy mojej nodze. Po przejściu kilku schodów powiedziałem psu by został i o dziwo pies zatrzymał się i usiadł. Wnętrza kościoła utrzymano w stylu barokowym, na głównym ołtarzu króluje obraz, będący kopią Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski z Lichenia. Na ścianach bocznych znaleźć można wiele licznych wotów katolickich.

Gdy wyszliśmy i mieliśmy udać się coś zjeść, Ewa stwierdziła, że może być problem bo pies dalej na mnie czeka. Podszedłem więc do schodów ale okazało się, że już go tam nie było – skakał wesoło przy dwóch zakonnikach. Gdy mnie zobaczył przybiegł do mnie i dał się wygłaskać. Zakonnicy stwierdzili, że musze być dobrym człowiekiem bo widać, że lubię zwierzęta. Po chwili rozmowy dodali, że polecają nam jeszcze, abyśmy przeszli się do pobliskiego ośrodka zwanego Eremy. Co prawda brama miała być zamknięta, ale mieliśmy sami sobie ją otworzyć, a gdyby ktoś wewnątrz pytał to powiedzieć, że oni pozwolili nam na wejście.

Postanowiliśmy skorzystać z rady i udaliśmy się w kierunku miejsca odosobnienia, im bliżej byliśmy tym ładniejsze widoki otwierały się przed naszymi oczyma. W końcu wkroczyliśmy na teren Eremy, powalał ogarniający tu zewsząd spokój, cisza i piękno przyrody. Po dłuższej chwili przebywania w tym miejscu, nagle z jednego z budynków wyszedł mężczyzna i podszedł do nas pytając kto nas tu wpuścił. Zgodnie z prawdą opowiedzieliśmy o zakonnikach, na to on groźnie stwierdził, że jest ich przełożonym i będzie musiał sobie z nimi porozmawiać. Za chwilę jednak zaczął się śmiać i spytał czy chcemy obejrzeć kaplicę ośrodka, dodał też że trafiliśmy akurat na moment gdy nie ma tu zbyt wielu ludzi, bo rekolekcje zaczynają się dopiero w dniu następnym.

Choć wygląda na to, że nie jesteśmy zbytnio wierzącymi osobami doszliśmy do wniosku, że chętnie przyjechalibyśmy tu na kilka dni, aby psychicznie odpocząć i wyciszyć się.

Po opuszczeniu Eremy udaliśmy się w końcu do miejscowej restauracji, aby coś zjeść. Usiedliśmy przy stoliku i zamówiliśmy jedzenie, podczas oczekiwania na nie Ewa nagle spytała czy widzimy, przy czym siedzimy. Ani Arek, ani ja nie zrozumieliśmy o co jej chodzi, dopóki nie pokazała nam, że zamiast stołu posiłki podane będziemy mieli na starej, odnowionej maszynie do szycia.

Po pożywieniu się wróciliśmy na kwaterę zastanawiając się po drodze jacy będą Ci harleyowcy. Na podjeździe stały już cztery motocykle, trzy yamahy i jeden suzuki, a z ogrodu dobiegały nas dźwięki ożywionych rozmów. Po chwili gdy weszliśmy do domu, przez drzwi od tarasu wszedł jeden mężczyzna (choć w tej kwestii zdania są podzielone) i zaprosił nas żebyśmy się przyłączyli. Wzięliśmy więc butelkę wódki i poszliśmy w kierunku altany. Nasze „Anioły Piekieł” okazały się bardzo miłymi trzema parami, przyjęli nas iście po królewsku i już po chwili wcinaliśmy grillowane mięso i raczyliśmy się trunkami (a tu do wyboru była wódka, whisky i śliwowica). Rozmowa potoczyła się wartko, my pytaliśmy ich o motocykle i życie za kółkiem, a odwdzięczaliśmy się moją historią o utracie pamięci i związanych z tym perypetiach.

Trochę po północy wiedząc, że na drugi dzień będziemy zwiedzać  (oni też przyjechali tu w tym celu, aż z lubelszczyzny) postanowiliśmy, że idziemy spać. No cóż, kto się położył to się położył, ja postanowiłem, że jeszcze sprawdzę pocztę, a żeby nie przeszkadzać Arkowi i Ewie, którzy poszli już spać usiadłem w ogólnodostępnym salonie. Po chwili przyszła do niego Marta i zaczęliśmy rozmawiać, a że gadane mamy oboje to ani się spostrzegliśmy jak minęło kilka godzin. Dopiero około czwartej nieprzespana poprzednia noc dała mi się we znaki i zaczęły mi opadać powieki, co nie uszło uwadze mojej rozmówczyni. Pożartowaliśmy jeszcze chwilę, że musiała nieźle przynudzać skoro ja zasypiam i poszedłem spać. Jak się pewnie domyślacie nie na długo, bo rano przecież trzeba się było zbierać na kolejny etap zwiedzania.

4 uwagi do wpisu “Żeromski, zwariowany pies i harleyowcy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s