Historia i nauka w górach świętokrzyskich

I nadszedł weekend, choć plany nam się pozmieniały to i tak świetnie się bawiliśmy i dowiedzieliśmy się kilku ciekawych rzeczy. Tym razem w sobotę wybraliśmy się na zwiedzanie Zamku Królewskiego niezdobytego przez kilka stuleci, potem udaliśmy się zasięgnąć wiedzy i rozrywki w podkieleckim Centrum Naukowym, a niedziela upłynęła nam na spotkaniu z moimi znajomymi.

W sobotę po trzech godzinach snu wypoczęty wstałem, aby ruszyć na dalsze poznawanie rejonów świętokrzyskich. Jak zwykle dzień zacząłem nie od śniadania, a od wypicia kawy, którą skonsumowałem na tarasie w towarzystwie części poznanych wczoraj harleyowców. Trochę pogadaliśmy i dowiedziałem się, że na początek zamierzają oni pojechać do Parku Miniatur w Krajnie, a później planują zamek w Chęcinach i Skansen Etnograficzny w Tokarni. My mieliśmy całkiem inne plany, a jeszcze wtedy nie wiedziałem, że się zmienią. W wolnej chwili Marta pokazała mi internetowy profil swojej pracowni krawieckiej, przyznam się Wam, że byłem pod ogromnym wrażeniem jej pomysłów i kreatywności. Gdybym chciał coś sobie uszyć to już teraz wiem do kogo się zwrócić.

Gdy nasi nowopoznani znajomi już się zbierali do wyjazdu moi przyjaciele wstali i zaczęli przygotowania do rozpoczęcia dnia. Niestety mieszanka wódki, whisky i 70-cio procentowej śliwowicy nie na wszystkich dobrze podziałała. Postanowiliśmy więc, że dalszą podróż odłożymy na późniejsze dni, a dzisiaj zrobimy sobie dzień lajtowy. Zmieniliśmy więc kolejność zwiedzania i tak jak motocykliści mieliśmy udać się do Chęcin i ich okolic. Kiedyś już tam byliśmy, ale ja tego nie pamiętałem, a gdy Arek z Ewą byli to zamek był w remoncie i nie można było go zwiedzać.

Chwilę jeszcze pogadaliśmy i ruszyliśmy do samochodu, kiedy już wyjeżdżaliśmy, pod dom podjechali na swoich stalowych rumakach „nasi” harleyowcy. Po kilku słowach rozmowy ruszyliśmy do Chęcin. Jazda nie była zbyt długa i już po kilkudziesięciu minutach zaparkowaliśmy na parkingu u podnóża zamku. Jego historii nie będę teraz opisywał, bo jak widzę zrobiłem to już w tekście o zabytkach gór świętokrzyskich, dodam natomiast legendę o białej damie, która ukazuje się na murach twierdzy w każdą sobotę i niedzielę. A czemu to robi i kto to jest? Postać to znamienita, bo sama królowa Bona, która zamieszkiwała w Chęcinach przez wiele lat, trzymając tu swoje skarby. I to właśnie o te skarby chodzi. Gdy królowa opuszczała twierdzę jej majątek załadowano na 12 wozów, nie dość, że nie wszystko się zmieściło to jeszcze podczas przeprawy pod jednym z wozów załamał się drewniany most, a jego zawartość pochłonęły odmęty rzeki. Do dzisiaj Bona błąka się po zamku i szuka tego co tu po niej zostało, a czemu tylko w soboty i niedziele, no cóż pewnie dlatego, że jako duch królowej jest strasznie zapracowana, w końcu nie mieszkała tylko w podkieleckim zamku.

Spragnionym wrażeń dzisiejsi zarządcy zamku oferują również specjalne atrakcje, można na przykład zakuć się w dyby, zostać zamkniętym w wiszącej na dziedzińcu klatce, postrzelać z łuku oraz porobić sobie zdjęcia przy poustawianych tablicach. Gdyby tego było Wam za mało to latem dwa razy w miesiącu można umówić się na nocne zwiedzanie podczas którego przewidziano dodatkowe atrakcje.

Po zwiedzaniu podjechaliśmy na chęciński rynek i usiedliśmy w jednym ze znajdujących się tam ogródków, aby coś przekąsić. Gdy już zaspokoiliśmy jedno z podstawowych ludzkich pragnień wsiedliśmy do samochodu zdając się na „Hołowczyca” ruszyliśmy w kierunku Centrum Nauki „Da Vinci”, no cóż jak widać nawet tacy kierowcy potrafią się mylić. Nawigacja pokierowała nas na boczne drogi i nagle stwierdziła, że jesteśmy już u celu. Postanowiliśmy pojechać dalej, tym bardziej, że nie było kogo spytać o drogę, po kilku minutach kluczenia w końcu trafiliśmy na miejsce i zaparkowaliśmy auto.

Kilka kroków i weszliśmy na teren ogrodu mieszczącego się przed XVII-to wiecznym dworem. Pięknie utrzymane klomby kwiatów i traw wprost zachęcały do chwili relaksu w tym miejscu. Pomni jednak tego, że w Kielcach wszystko szybko zamykają udaliśmy się w pierwszej kolejności do głównego budynku, mieszczącego to co nas tutaj przyciągnęło. Znajdujące się w Podzamczu Chęcińskim centrum nauki miało w swoich założeniach przypominać warszawskiego „Kopernika”. Czy tak jest w rzeczywistości, ciężko mi powiedzieć, ponieważ, chociaż odwiedziłem oba, tego z naszej stolicy niestety nie pamiętam. Ale skupmy się na tym co oferuje nam „Da Vinci”. Po wejściu do mocno oszklonego budynku Ewa z Arkiem udali się kupować bilety, a ja skorzystałem z okazji i ułożyłem swoje około 90-cio kilowe ciało na bujanym leżaku, jak się okazało był bardzo wygodny, po chwili dołączył do mnie Arek. Nie dane jednak było nam rozkoszować się wygodą, ponieważ okazało się, że na zwiedzenie całego obiektu mamy tylko godzinę (szczerze powiem nie rozumiem tego, że w soboty zamyka się takie miejsca tak wcześnie). „Uskrzydleni” tą informacją pomknęliśmy poznawać świat nauki.

Na początku zapoznać mogliśmy się z budową ludzkiego ciała – zobaczyć oko, poruszyć kręgosłupem, czy poskładać do kupy mózg. Potem zaczęły się zabawy ruchowe, podczas których mogłem poczuć się jak chomik w kołowrotku. Nie powiem było fajnie, dobrze mi się biegało kółko kręciło się coraz szybciej i wtedy zrozumiałem dlaczego chomiki tak zapieprzają i nie wychodzą z tych kółek. To wcale nie z radochy, choć ona jest duża, to dlatego że tak jak ja myślą jak to cholerstwo zatrzymać 😉 Gdy już mi się to udało poszliśmy sprawdzić swój refleks, chyba nie było najgorzej zapisałem się nawet na liście jako szósty wynik. Następnie na wielkim szklanym  ekranie obserwowaliśmy jak poruszają się nasze kości, mierzyliśmy poziom wody w organizmie, czy też bawiliśmy się w gry logiczne. Dużo frajdy mieliśmy też wchodząc do pokoju Amesa, w którym poczułem się przy Ewie jak Tomcio Paluch. Dlatego, gdy przez megafon ogłoszono, że mamy udać się do wyjścia bo centrum niedługo będzie zamykane miny trochę nam zrzedły. Gdy tak podążaliśmy we wskazanym kierunku zahaczyliśmy jeszcze o jeden pokój, była to naukowa kuchnia. Dziewczyna prowadziła właśnie prezentację dla dzieci o ciekłym azocie. Zainteresowanie było duże i to nie tylko wśród pociech, ale i ich rodziców, przyłączyliśmy się i my. Na koniec prezenterka przygotowała dzieciom błyskawiczne lody, ich zrobienie zajęło jej dosłownie moment, ale nie ma się co dziwić temperatura około minus 200 stopni Celsjusza załatwiła wszystko.

Po wyjściu pobawiliśmy się jeszcze trochę na instalacjach sportowych rozmieszczonych na terenach zielonych znajdujących się przed wejściem. Po kilkunastu minutach poszliśmy zaciągnąć jeszcze trochę historii. Naprzeciw wspomnianego przeze mnie dworu, po drugiej stronie ogrodu znajduje się duża brama, która według podań została wybudowana, aby upamiętnić zwycięstwo Jana III Sobieskiego w bitwie pod Wiedniem.

Po powrocie na kwaterę posiedzieliśmy jeszcze trochę i wskoczyliśmy do łóżek, następnego dnia w samo południe umówieni byliśmy u jednej z moich licealnych znajomych na grilla.

Sobota była dniem historii i nauki, a więc niedzielę zgodnie z założeniami przeznaczyliśmy na zabawę, konsumpcję i rozmowy o życiu. W pewnym momencie grillowej imprezy przeżyłem nawet moment strachu gdy nieopatrznie przyznałem się, że nie pamiętam czy umiem jeździć na rowerze. Konradowi i Anecie nie trzeba było dużo mówić poszli do garażu i wyciągnęli rower, gdy dopompowywali koła, serce zaczęło mi bić szybciej. No pięknie, co ja robię, a jak się okaże, że nie potrafię, ale wstyd będzie, przecież to cholerstwo ma tylko dwa wąskie punkty podparcia. Ręce mi się trzęsły, co zresztą było widać po pierwszych metrach mojej przejażdżki, ale przynajmniej się dowiedziałem, że jednak już wcześniej jeździłem, a moje ciało pamięta co trzeba robić. Wróciliśmy więc do grilla, gdzie okazało się, że nie tylko ręce mi się trzęsły usiadłem na plastikowym krześle i po chwili byłem już znacznie bliżej ziemi niż chciałem – noga nie wytrzymała. Nie, nie bójcie się nie moja tylko „krzesłowa”. Pocieszam się, że nie tylko ja tego popołudnia tak brutalnie potraktowałem siedzisko naszych gospodarzy – „arkowe” nie wytrzymało całusa od Anety.

Zabawa była bardzo fajna i aż żal było się rozstawać, ale wszyscy poza nami musieli w dniu następnym udać się do pracy. My zresztą też mieliśmy już skrystalizowane plany podróżnicze na dzień następny, ale o tym już w kolejnym tekście.

2 uwagi do wpisu “Historia i nauka w górach świętokrzyskich

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s