Padwa północy i miasto pełne chrząszczy

W ostatnim dniu mojego prezentowego wyjazdu z przyjaciółmi postanowiliśmy odwiedzić miasto zwane „perłą renesansu”, a w drodze powrotnej udaliśmy się do małej miejscowości, aby dowiedzieć się czemu chrząszcz brzmi w trzcinie. Jak się później okazało udało nam się jeszcze zobaczyć dodatkowo jedno ciekawe historycznie miejsce, ale o tym trochę dalej.

Niestety wszystko co dobre ma swój koniec. Postanowiliśmy, że ostatni dzień naszego spotkania będzie mocnym uderzeniem i udamy się do Zamościa zwanego przez wielu „Padwą północy”. Nie dużo brakowało, aby nasze plany spaliły na panewce, ponieważ z samego rana musiałem udać się do jednego z urzędów. Spotkanie miałem ustalone na godzinę 8:00 (zakładałem, że maksymalnie potrwa godzinę) więc doszliśmy do wniosku, że spokojnie damy radę dojechać do Zamościa. Niestety nie przewidziałem, że po pierwsze urzędnik przyjdzie trochę później, a w dodatku nie będzie przygotowany do rozmowy, gdy od niego wychodziłem zegarek wskazywał 9:45. Moi przyjaciele, którzy cierpliwie czekali w samochodzie powiedzieli mi, że już chyba nie ma sensu udawać się taki kawał drogi i pojedziemy w całkiem inne miejsca, ale jakie niech to będzie dla mnie niespodzianką.

Gdy tak jechaliśmy zorientowałem się jednak, że kierunek jaki obraliśmy jest zbieżny z naszym pierwszym celem. Nie myliłem się te „inne miejsca” były tylko drobnym żartem, który mi zrobili. Po około dwóch godzinach jazdy, zaparkowaliśmy samochód w centrum Zamościa i zaczęliśmy zwiedzanie. W pierwszej kolejności postanowiliśmy udać się w kierunku pobliskiego rynku, po dosłownie paru minutach spaceru pod arkadami, naszym oczom ukazał się widok na duży plac, na którego przeciwległym końcu znajdował się przepiękny budynek ratusza. Swoje kroki skierowaliśmy więc w jego kierunku. Aby do niego wejść trzeba pokonać jeszcze wygięte łukowato schody. Niestety okazało się, że na zwiedzanie wnętrz i wejście na wieżę, trzeba się wcześniej umówić i uzyskać zgodę władz miasta. Pokręciliśmy się więc tylko przez chwilę w przedsionku ratusza, podziwiając pozostałości starych murów, które gdzieniegdzie pozostawiono w nienaruszonym stanie. Mnie spodobały się rzeźbione twarze ludzi jakby zastygłych w ścianach tej budowli.

Tuż obok ratusza, znajdują się zabytkowe kamieniczki zachowane w bardzo dobrym stanie i prezentujące kunszt architektoniczny ówczesnych budowniczych. Pierwsza z nich należała do rajcy miejskiego Jana Wilczka i właśnie od jego nazwiska zwana jest Wilczkowską. Jej bogata ornamentyka nawiązuje do patrona jej właściciela Jana Chrzciciela, który udziela chrztu Chrystusowi. Pozostała część zdobień również ma charakter religijny i przedstawia niepokalane poczęcie Najświętszej Marii Panny oraz drugiego z patronów rajcy świętego Jana Ewangelistę.

Kolejne z bogato zdobionych kamienic noszą nazwy: Rudomiczowska, która  należała do Bazylego Rudomicza rektora Akademii Zamojskiej, twórcy pamiętnika obszernie opisującego życie w Zamościu w XVII wieku. Pod Aniołem, której nazwa odnosi się do dużej postaci Archanioła Gabriela, nad którym znajdują się podobizna smoka i dwóch lwów, symbolizujące walkę dobra ze złem.

Czwartą w tym ciągu jest kamienica Pod Małżeństwem, z której właścicielami wiąże się dość mroczna legenda mówiąca o tym jak pewien mieszczanin nie mogąc doprosić się chwili spokoju i zrozumienia u swojej zrzędliwej żony oskarżył ją o czary. Po krótkim procesie kobieta została spalona na stosie, a małżonek w majestacie prawa odzyskał humor i spokój.

Podziwiając architekturę rynku udaliśmy się do Informacji Turystycznej, gdzie zaopatrzyliśmy się w mapę miasta, na której zaznaczono najważniejsze, godne uwagi atrakcje turystyczne. Zapoznawszy się z nią ustaliliśmy marszrutę i w pierwszej kolejności skierowaliśmy się do umiejscowionej niedaleko Synagogi. Ta którą możemy dzisiaj podziwiać została ustawiona w 1610 roku w miejscu jeszcze starszej drewnianej. Duże zniszczenia dotknęły ten budynek w czasie II wojny światowej, kiedy został on zdewastowany przez Niemców, którzy urządzili w nim stajnię dla koni. Jej odbudową zajęto się dopiero w latach 60-tych i 70-tych XX wieku, a dopiero przekazanie budynku Fundacji Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego, które nastąpiło 11 lat temu doprowadziło do pełniejszych prac renowacyjnych tego miejsca. Dziś mieści się w nim multimedialne Muzeum Historii Żydów Zamościa i okolic.

Kilkaset metrów dalej dotarliśmy do XVII-to wiecznego kościoła pw. świętej Katarzyny. Przechodził on w swojej historii dość burzliwe dzieje. W wyniku tzw. reform józefińskich, które miały miejsce pod koniec XVIII zlikwidowano pobliski klasztor reformatorów, do którego należał kościół. Na skutek tych działań budynek sakralny został przemianowany na magazyn wojskowy, a w niewiele ponad sto lat później kościół przemianowano na teatr. Swoją pierwotną funkcję odzyskał dopiero w 1927 roku. Natomiast w czasie II wojny światowej w jego podziemiach przez kilka miesięcy ukrywano jeden z bardziej znanych obrazów Jana Matejki – „Hołd Pruski”.

Przechodząc przez przykościelny ogród dotarliśmy do Nowej Bramy Lubelskiej. Powstała ona w 1822 roku i zwieńczył ją symbol AI będący inicjałem ówczesnego cara Aleksandra I (został skuty). Wewnątrz znajduje się dzisiaj restauracja i galeria. Znaleźć tam też można ciekawe instalacje z opon samochodowych, jak chociażby motocykl, czy fotel. Po przejściu przez bramę znajdujemy się na dużym drewnianym moście przerzuconym przez fosę (dzisiaj pięknie zieleniąca się trawą).

Kolejne kroki skierowaliśmy w kierunku Parku Miejskiego, gdzie znajduje się Stara Brama Lubelska, która prawie od początku swojego istnienia była zamurowana. A czemu, zamurowywać bramę? No cóż historii dotyczących tego zdarzenia jest wiele, ot chociażby ta, według której założyciel Zamościa Jan Zamoyski postanowił w ten sposób upamiętnić przejazd pod nią w 1588 roku austriackiego arcyksięcia Maksymiliana II, choć bardziej prawdopodobne wydaje się, że zamurowano ją gdyż chodziło o względy bezpieczeństwa. Dzisiaj gdy stare mury nie pełnią już funkcji obronnych mieści się w niej restauracja.

Naprzeciw Starej Bramy Lubelskiej znajdują się zabudowania wzniesionego pod koniec XVI wieku pałacu. Na początku był on znacznie mniejszy, ale wraz ze wzrostem zamożności rodziny założycielskiej rozrastał się coraz bardziej. Oczywiście jak z każdą tego typu budowlą wiążą się z nim liczne opowieści, np. ta o Janie Sobiepanie Zamoyskim, dzięki któremu wojska szwedzkie nie wdarły się do miasta, choć bohaterstwo podczas walk nie ma z nią nic wspólnego. Według niesprawdzonej, acz bardzo prawdopodobnej legendy ten właściciel Zamościa bardzo lubił igraszki z mieszkankami miasta, które często swoje spacery kończyły w pałacowych komnatach. Jaki był tego koniec? Niezbyt szczęśliwy dla szlachcica, który zmarł na „francuską” chorobę.

Dzisiaj zabudowań pałacowych niestety nie możemy swobodnie zwiedzać, gdyż od XIX wieku nieprzerwanie mieści się w nich sąd.

Przy pałacu wznosi się budynek zamojskiej katedry, a przed nią znajduje się jeden z najlepszych punktów widokowych miasta – wieża (dzwonnica). Za niewielką opłatą można udać się na okalający ją balkon, skąd rozciąga się przepiękny widok na Zamość i okolice.

Gdy już uwieczniliśmy panoramę miasta weszliśmy do katedry. Uchodzi ona za jedną z najwspanialszych budowli sakralnych w Polsce. Jan Zamoyski wybudował ją na przełomie XVI i XVII wieku jako wotum dziękczynne za liczne zwycięstwa jakie osiągnął w bojach. Przepychem wnętrz oraz swoimi funkcjami konkurować miała z katedrą wawelską. Niestety do dzisiaj nie ostały się liczne zdobienia odkute przez wielkiego księcia Konstantego w XIX wieku, mimo to wnętrze zapiera dech. Choć nie widać tego z zewnątrz, kościół jest budynkiem bardzo dużym, trzy nawowym i oprócz ołtarza głównego mieści się w nim, aż osiem kaplic. Pod posadzką znajdują się krypty całej rodziny założycielskiej i ich potomków.

Po zwiedzeniu tego miejsca, nasze brzuchy już dość mocno przypominały, że są puste. Ruszyliśmy więc, aby je napełnić zamojska strawą. Ewa już wcześniej zrobiła wstępny rekonesans i wybrała w internecie Bar Asia. Miejsce to może nie przyciąga nowoczesnym wystrojem, ale jedzenie faktycznie było dobre. Gdy już podjedliśmy mogliśmy udać się w dalszą drogę. Wolno spacerując znanymi już uliczkami dotarliśmy do Bramy Szczebrzeskiej, która w przeciwieństwie do wspomnianej już przeze mnie pobliskiej Starej Bramy Lubelskiej, była przez wiele lat używana jako jedna z głównych bram miejskich. Dopiero w drugiej połowie XIX wieku została zamurowana, a w jej wnętrzach urządzono więzienie.

Tuż obok bramy znajduje się budynek Arsenału, został on wybudowany w tym miejscu w XVII wieku, choć wtedy był znacznie mniejszy. Swój dzisiejszy wygląd otrzymał dopiero w XIX wieku.  Niestety brak czasu spowodował, że nie mieliśmy okazji wejść do środka. Skierowaliśmy się natomiast z powrotem w kierunku miejsca pozostawienia samochodu. Ale nie myślcie, że to koniec naszego zamojskiego zwiedzania i atrakcji. Nasza trasa wiodła przez Rynek Wodny, który swoja nazwę otrzymał najprawdopodobniej od pobliskiego zbiornika wodnego. Dzisiaj znajduje się na nim sporo zieleni i fontanna, a wielu mieszkańców miasta przychodzi tu odpocząć, gdy chce chwili spokoju od zgiełku jaki panuje na głównym rynku Zamościa.

Kawałek dalej umiejscowiony jest kolejny zamojski kościół. Jego patronem jest mój imiennik – święty Mikołaj. Jego geneza sięga pierwszej połowy XVII wieku, kiedy to postanowiono rozbudować drewnianą cerkiew. Kościół ten posiadał jeszcze dodatkowe, poza sakralnymi funkcje, jego położenie przy murach miejskich powodowało, ze wieżę wykorzystywano jako punkt obserwacyjny, a nawet strzelnicę. Wnętrza mogliśmy podziwiać jedynie przez szybkę w drzwiach, bo jak pewnie się domyślacie kościół był zamknięty.

Stamtąd powędrowaliśmy przez Małpi Gaj w kierunku kolejnej miejskiej bramy, tym razem Lwowskiej. Po jednej stronie ulicy znajduje się jej nowsza wersja, pochodząca z 1820 roku. Gdy wytyczono nową drogę, która ją omijała brama pełniła wiele funkcji użytkowych, była nawet przez pewien czas miejscem, w którym znajdowała się pierwsza miejska elektrownia. Dzisiaj odnajdziemy  w niej siedzibę Orkiestry Symfonicznej. Gdy przeszliśmy na drugą stronę ulicy Partyzantów stanęliśmy przed Starą Bramą Lwowską pochodzącą z około 1600 roku. Tuż przy niej znajduje się cela Waleriana Łukasińskiego, który był założycielem Narodowego Towarzystwa Patriotycznego oraz Wolnomularstwa Narodowego. W tym miejscu weszliśmy też w długi korytarz ciągnący się wewnątrz szańca. Po kilkudziesięciu metrach tego spaceru dotarliśmy do małego sklepiku, w którym nabyliśmy bilety, aby wejść na koronę obwarowań, zwaną „Nadszańcem”. Znajdują się tam poustawiane stare armaty (oczywiście zaczopowane), rozciąga się też ciekawy widok na miasto. Po kilku minutach jakie tam spędziliśmy zeszliśmy na dół, aby udać się już do zostawionego w pobliżu samochodu. Gdy ja robiłem jeszcze zdjęcia wewnątrz szańca, gdzie porozstawiane są manekiny odziane w różne historyczne stroje, Arek z Ewą znaleźli wyjście na Bastion VII, trwały tam przygotowania do mającego zaczynać się na dniach festynu historycznego. Spotkaliśmy kilkoro fajnych ludzi, którzy zaprosili nas do zabawy w pochodzącą podobno od Wikingów grę o nazwie Kubb. Choć zasady są dość proste, a sama gra niezbyt skomplikowana (a może właśnie dlatego) wciągnęła nas ona bardzo. Rozegraliśmy pełną partię, a wygrała drużyna Arka, moja niestety nie podołała zadaniu i musieliśmy uznać wyższość przeciwników.

Szaniec był naszym ostatnim punktem zwiedzania, udaliśmy się wiec do samochodu i ruszyliśmy w drogę powrotną. „Perła renesansu” nie była jednak jedynym naszym dzisiejszym celem. Po przejechaniu około dwudziestu kilku kilometrów dotarliśmy do miasta, które zna przynajmniej ze słyszenia każde polskie dziecko, bo czyż nie uczyliście się wiersza Jana Brzechwy „W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie…”

Szczebrzeszyn, choć jest bardzo małym miastem to prawa miejskie otrzymał już w 1352 roku z rąk Kazimierza Wielkiego. Zaparkowaliśmy na rynku tuż przy ratuszu, który stoi tu od pierwszej połowy XIX wieku. Ale to nie ten budynek nas zainteresował, a duża figura świerszcza, która przed nim stoi. Owad odziany jest we frak, na głowie ma cylinder, a w łapkach trzyma skrzypce – istny Filip z „Pszczółki Mai”.

Po drugiej stronie znajduje się parafia rzymskokatolicka pod wezwaniem świętego Mikołaja. Znajdujący się w niej kościół pochodzi z roku 1620. Niestety pora była już zbyt późna, abyśmy mogli liczyć na to, że uda nam się dostać do środka (a swoja drogą czy to nie dziwne, że większość kościołów zamyka się na całe dnie).

szczebrzeszyn-3 (Kopiowanie)

Ruszyliśmy wiec w kierunku znajdującej się kilkaset metrów dalej Synagogi. Została zbudowana na początku XVII wieku na miejscu starej – drewnianej i jest jednym z najstarszych tego typu budynków w Polsce. Nie sposób go nie zauważyć, gdyż, o zgrozo, ktoś wpadł na pomysł i podczas prac remontowych mających miejsce w 2009 i 2010 roku przemalowano cały budynek na kolor różowy. Dziś mieści się w nim Miejsko-Gminny Ośrodek Kulturalny. Przed Synagogą poustawiano najróżniejsze, wykonane w drewnie figury chrząszczy. Robi to ciekawe i niesamowite wrażenie, którego długo nie zapomnę.

Stojąc przed Synagogą dobrze widać drugi ze szczebrzeszyńskich kościołów, wybudowaną w 1638 roku renesansową świątynię poświęconą świętej Katarzynie.

Po wyjechaniu z miasta chrząszczy mieliśmy już bezpośrednio udać się do naszej kwatery, jednak po drodze zatrzymaliśmy się w Janowie Lubelskim (nie mylcie z tym głośnym od koni, tamten to Janów Podlaski). Samochód zostawiliśmy przy jednym ze skwerów, na którym pośród drzew znajduje się najstarszy na świecie pomnik poświęcony naszemu wybitnemu wodzowi – Tadeuszowi Kościuszce. Został on postawiony w tym miejscu w 1818 roku. Na tyłach parku trafiliśmy na miejscową aleję sław, gdzie swoje dłonie odcisnęło wiele znanych postaci.

Po przejściu kilkuset metrów doszliśmy do, a jakże, zamkniętego kościoła będącego sanktuarium Matki Bożej Różańcowej Łaskawej. Kościół pochodzi z przełomu XVII i XVIII wieku. Z miejscem tym związany jest kolejny podczas naszej kilkudniowej przygody cudowny obraz, który swoją świętość potwierdził już rzekomo w 1762 roku.

Spacerując sobie powoli wróciliśmy uliczkami do miejsca, w którym zostawiliśmy samochód i wróciliśmy nim na kwaterę. Kolejny dzień był dniem naszego pożegnania.

Więcej zdjęć z Zamościa znajdziecie tutaj.

7 uwag do wpisu “Padwa północy i miasto pełne chrząszczy

  1. W Zamosciu bylam z rodzicami bedac malym dzieckiem. Z miasta bardzo dobrze zapamietalam jedynie zaklad fryzjerski :). Chec ponownego odwiedzenia tamtych stron tkwi gdzies we mnie gleboko i na pewno dojdzie kiedys do skutku.

    Bardzo sie ciesze widzac, jak nasze polskie miasta pieknieja. Coraz wiecej odrestaurowanych starych kamienic, kolor…

    Relacja jak zawsze, piekna i bogata. Dzieki za Twoja prace.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s