Myszy, rewolwerowcy i piękne amazonki

Pewnego dnia trafiłem na informację o festynie, który będzie odbywał się na terenach otaczających piękny XIV-to wieczny pałac. Gdy podróżuję sam raczej unikam takich spędów, ale tym razem postanowiłem się skusić. Dzięki temu choć byłem na terenie naszego kraju, to mogłem się poczuć jak odkrywca dzikiego zachodu. No dobrze, dziki to on był tylko z założenia organizatorów, a mocno trącił komercją, ale i tak dobrze się bawiłem.

W dni wolne od pracy dotarcie regularnymi środkami transportu do Kurozwęk, niewielkiej wsi położonej na południowy-wschód od Kielc nie jest takie łatwe. Wsiadłem wiec rano do autobusu zmierzającego do Staszowa, nie dotarłem tam jednak, tylko wysiadłem pośród pięknych lasów w okolicy wsi Czernica. Później w cieniu drzew chroniących mnie przed promieniami wschodzącego słońca ruszyłem w kierunku celu mojej podróży oddalonego o około dwa kilometry. Po drodze mijałem piękne krajobrazy okraszone budzącymi się do życia stawami.

Po pewnym czasie dotarłem do pierwszych zabudowań w Kurozwękach i po kilku krokach moim oczom ukazał się kościół katolicki pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i Świętego Augustyna Biskupa. Pierwsza budowla sakralna w tym miejscu powstała już w XII wieku, dzisiaj w wielokrotnie rozbudowywanej przez rodziny Lanckorońskich i Popielów bryle stanowi prezbiterium. Wnętrza obejrzałem jednak dopiero później, nie chciałem bowiem przeszkadzać zgromadzonym tam ludziom podczas nabożeństwa.

Tuż przy tym kościele znajduje się Zakład Opiekuńczo-Leczniczy prowadzony przez Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia, które sprowadziła do Kurozwęk w 1844 roku hrabina Anastazja z Rudnickich Sołtykowa. Od samego początku ich obecności w tym miejscu budynki przeznaczone były pomocy ludziom potrzebującym, choć przechodziły różne stadia, od szpitala, przez dom starców, ochronkę dla dzieci i przychodnię, aż w końcu stały się Domem Pomocy Społecznej oferującym miejsce dla 100 osób.

Skoro swoje miejsce znalazł tu Bóg nie mogło zabraknąć i jego największego przeciwnika. Miejscowa legenda głosi, że gdy Czart z Łysej Góry dowiedział się, że w Kurozwękach powstaje świątynia bardzo się zdenerwował i postanowił wykurzyć budowniczych miotając w ich kierunku duże głazy. Dzisiaj za murami kościelnymi znajdziemy jeden z nich zwany Kamieniem Diabelskim.

Kiedyś nieopodal mieściła się kładka łącząca oba brzegi Jabłoniczki, jeśli chcemy dowiedzieć się jak wyglądała wystarczy spojrzeć na stara fotografię zamieszczoną na tablicy informującej o historii związanej z Kamieniem Diabelskim.

Po przejściu kilkuset metrów doszedłem wreszcie do głównego celu mojego przyjazdu do Kurozwęk i przekroczyłem bramę pałacowych włości. Po zakupieniu biletu, dzięki któremu byłem uprawniony do zapoznania się ze wszystkimi atrakcjami tego miejsca, a jest ich sporo, udałem się w kierunku mrocznych lochów. Na ich podbój ruszyłem z młodą przewodniczką i grupą dziewczyn, o których jeszcze będzie w tym tekście. Spacerując tymi wąskimi i mrocznymi korytarzami wsłuchujemy się w płynące z umieszczonego na szyi przewodniczki magnetofonu historie i legendy. Jako, że właścicielami tych terenów od wielu lat jest rodzina Popieli nie mogło wśród nich zabraknąć również tej o żarłocznych myszach. Po chwili doszliśmy do większej komnaty w której umieszczono kilka pamiątek, broń oraz narzędzia tortur.

Po wyjściu z pałacowych lochów udałem się w kierunku stojącego nieopodal zadaszonego wozu zaprzężonego w traktor. Wewnątrz siedziało już kilka osób i po chwili oczekiwania wyruszyliśmy w kierunku pastwisk ogrodzonych będącym pod napięciem płotem. Tuż za nim przechadzając się sennym krokiem łypały w naszym kierunku spode łba ogromne bizony.

Tak tak dobrze widzicie – bizony. W Kurozwękach znajduje się bowiem jedyna w Polsce hodowla bizonów amerykańskich. W 2000 roku sprowadzono tu stado składające się z dwudziestu jałówek i dwóch byków. O tym, że zwierzęta te czują się tu dobrze świadczyć może niewątpliwie fakt, iż dzisiaj jest tu ich ponad osiemdziesiąt.

Po chwili przejazdu dziewczyna, która nas oprowadzała podeszła do bramy odgradzającej nas od tych pięknych i majestatycznych zwierząt i niebawem znaleźliśmy się wewnątrz stada. Tu zaczęło się opisywanie tych zwierząt oraz chwila dla „reporterów”. Gdy już mieliśmy udać się w drogę powrotną okazało się, że nie będzie to takie łatwe, gdyż bizony stanęły na naszej drodze tuż przy bramie. Musieliśmy więc chwile poczekać, aż przewodnik stada powolnym krokiem usunie się nam z przejazdu. Bizony to nie jedyne zwierzęta które się tu znajdują, warte odwiedzenia, szczególnie z dziećmi jest mini zoo.

Przewodniczka, która miała oprowadzać nas po wnętrzach pałacu widziała całą sytuację pośród bizonów i poczekała, aż nasz powóz dotrze na miejsce. Gdy już do niej dotarliśmy zaczęła nam opowiadać historię tego pochodzącego z XVII wieku budynku. Piszę o XVII wieku, ale już w XIV znajdował się tu zamek. Spacerując pośród ciekawie urządzonych wnętrz, możemy dowiedzieć się o tym jak toczyło się tu życie gdy były one zamieszkane przez rodziny Lanckorońskich, Sołtyków i Popieli. Zresztą przedstawiciel tej ostatniej rodziny jest obecnie właścicielem tych terenów i zabudowań, choć mieszka w dużo skromniejszym niż pałac domku.

Jak wspomniałem Wam na wstępie w dniu w którym odwiedziłem Kurozwęki odbywał się tam festyn o nazwie „Dziki Zachód w Kurozwękach”. Po zwiedzaniu pałacu usiadłem na chwile w kawiarni, koło której znajdowała się główna scena i wypiłem kawę. Chwilę potem zaczęły się pokazy tańców indiańskich wykonywane przez Grupę Wokini z Przemkowa w województwie dolnośląskim. Co w tych tańcach ciekawego, otóż każdy z nich opowiadał inna historię z życia wziętą, ot chociażby polowanie, czy opowiadanie o wielkiej miłości i zdradzie.

Gdy „indianie” zakończyli swoje występy, przed sceną pojawili się „japończycy” z Bractwa Katana. Zaczęli oni prezentować swoje umiejętności w posługiwaniu się mieczami samurajskimi, najpierw bambusowymi, ale później już prawdziwymi. Na koniec zainscenizowali scenkę próby porwania ochranianych przez samuraja dwóch kobiet. Oczywiście o ich los wszyscy mogli być spokojni, mimo przewagi liczebnej napastników, chroniący je wojownik poradził sobie z nadspodziewaną łatwością.

Podejrzewam, że tak samo jak ja nie wyobrażacie sobie dzikiego zachodu bez kowboi, a właściwie rewolwerowców. Organizatorzy zaprosili ich również, zagłębili się oni w tajniki ówczesnej broni oraz pokazali swój kunszt w posługiwaniu się biczami (no w końcu prawdziwi kowboje zajmowali się głównie wypasem bydła).

Kilkanaście minut po gromko oklaskiwanym zakończeniu opisywanych przeze mnie występów rozpoczął się pochód prowadzony przez szeryfa, w którym wzięli udział wszyscy uczestnicy.

Na zakończenie mojego pobytu na festynie mogłem jeszcze podziwiać kunszt jazdy amazonek (choć wszystkie miały obie piersi). Stylowo ubrane piękne młode kobiety, z którymi miałem już okazję poznać się tego dnia podczas zwiedzania pałacowych lochów, dosiadły rumaków i w rytm muzyki zaprezentowały wszystkim swoje zdolności jeździeckie.

Opuszczenie terenów pałacowych nie było zwieńczeniem mojego pobytu w Kurozwękach, bowiem w oczekiwaniu na autobus postanowiłem jeszcze zobaczyć drugi z tamtejszych kościołów noszący nazwę świętego Rocha. Został on wybudowany w XVIII wieku jako wotum wdzięczności za ocalenie mieszkańców przed epidemią cholery. Niestety mogłem podziwiać go wyłącznie z zewnątrz, gdyż otwierany jest on obecnie tylko dwa razy do roku.

Kilkadziesiąt metrów za kościołem znajduje się krzyż upamiętniający zamordowanych w tych rejonach w 1863 roku powstańców styczniowych. A jak do tego doszło, otóż prowadzący z Rosjanami zażarte walki Powstańcy schowali się w miejscowej owczarni i stamtąd prowadzili obronę. Nie mogąc ich dorwać oprawcy podpalili budynek, a wszystkich uciekających z pożaru wystrzelali.

Kiedy dotarłem w końcu na przystanek okazało się, że na rozkładzie nie ma już żadnych autobusów w kierunku Kielc. Gdy kombinowałem jak dojadę do domu podeszła miejscowa kobieta i stwierdziła, że rozkład rozkładem, a autobusy i tak jeżdżą i najbliższy będzie za około 15 minut. Jak się okazało miała rację, a ja po raz kolejny przekonałem się, że przysłowiowy koniec języka faktycznie jest najlepszym przewodnikiem.

5 uwag do wpisu “Myszy, rewolwerowcy i piękne amazonki

  1. ja spędzałam tam wakacje jak jeszcze nie było bizonów :))) nie wiedziałam, że żyję wiecznie 🙂 za moich dziecięcych lat dziadkowie opowiadali, że lochy łączyły kilka odległych 20-30 km od siebie posiadłości… gdy pierwszy raz rozpoczęto remont / zabezpieczanie zamurowano lochy, a z piwnic sprzedawano wino/galaretę – nie załapałam się 😦
    To zapewne ciekawe miejsce… kryje jeszcze trochę fajnych historii rodowych.
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s