Bracia, mrówki i dwie legendy

Zapraszam Was na krótką wycieczkę po mieście założonym według legendy przez trzech braci. Rozwijały się tutaj trzy religie, a dzisiaj rzeka dzieli je pomiędzy dwa kraje. Możemy tam również pospacerować po uliczkach „Wenecji”, czy znaleźć się pośród scenerii z dwudziestozłotówki.

Po szybkim zwiedzeniu Katowic wsiadłem do autobusu i po ponad godzinnej podróży dotarłem do celu, który obrałem na kolejny dzień zwiedzania. Do Cieszyna zawitałem we wczesnych godzinach popołudniowych, a swoje pierwsze kroki skierowałem do miejsca, w którym zamierzałem nocować. Gdy trafiłem pod hostel „3 Bros Hostel” powitał mnie jeden z jego właścicieli. Adam rozlokował mnie w jednym z pokojów i na moje usilne prośby wskazał najlepsze knajpy w mieście. W końcu od rana nic nie jadłem i mój brzuch dopominał się strawy. Zamknąwszy plecak w szafce ruszyłem szybkim krokiem do Winiarni u Czecha. Ta mieszcząca się przy ulicy Sejmowej restauracja nie rozczarowała mnie. Zarówno wystrój, jak i smak potraw były przednie, a okraszone kilkoma łykami bardzo dobrego czeskiego piwa z prywatnego browaru Svijany, spowodowały, że odzyskałem siły i nastrój do wieczornego zwiedzania miasta.

Na pierwszy rzut poszła znajdująca się nieopodal Studnia Trzech Braci, której nazwa pochodzi od legendy ilustrującej powstanie Cieszyna. Podanie to mówi, że dawno, dawno temu, gdzieś w odległych niezmierzonych borach stał prastary gród, którego władcą był książę Leszek. Wódz ten miał trzech synów Bolka, Leszka i Cieszka. Pewnej nocy gdy nie mógł spać udał się na wieżę strażniczą skąd zobaczył bardzo ciekawe zjawisko na niebie. Doszedł do wniosku, że to jakiś nadprzyrodzony znak i postanowił, że wyśle w tym kierunku swoich synów, aby sprawdzili o co chodzi. Każdy z dziedziców księcia zebrał swoją drużynę i wyruszył w drogę. Po kilku dniach rozjechali się już tak daleko od siebie, że nie słyszeli dźwięku rogów. Gdy już myśleli, że zobaczą się dopiero za kilka miesięcy, nieoczekiwanie zjechali w jedno miejsce. Radując się wielce przez trzy dni odpoczywali pośród wzgórz nieprzebytej kniei pojąc się przepyszną wodą z pobliskiego źródełka. Gdy już wypoczęli postanowili, że na wiosnę wrócą w to miejsce i założą warowny gród. Radość, która ich przepełniała spowodowała, że uradzili, iż swoją przyszłą siedzibę nazwą Cieszyn.

Po chwili ruszyłem w kierunku wijącej się pomiędzy polskim, a czeskim Cieszynem rzeki Olzy. Ale zanim do niej doszedłem, pospacerowałem chwilę wąskimi i urokliwymi uliczkami „Cieszyńskiej Wenecji”. Dzielnica ta położona jest wzdłuż Młynówki (wąskiego kanału Olzy). Przed wiekami osiedlili się tu rzemieślnicy, tworząc tartak, elektrownię, czy młyn. Dzisiaj jest wyłącznie miejscem spacerów zarówno mieszkańców, jak i odwiedzających Cieszyn turystów. Choć panuje tu faktycznie bardzo klimatyczna atmosfera, to jednak próżno tu szukać odniesień do tej prawdziwej, włoskiej dzielnicy kanałów.

Kolejnym celem mojego spaceru było wzgórze zamkowe. Z pierwotnej twierdzy niewiele jednak tam zostało, ot trochę fundamentów, wieża strażnicza, spełniająca dzisiaj funkcje widokowe, studnia oraz kaplica. Jeśli chcecie zobaczyć jak wygląda ta ostatnia wystarczy, że weźmiecie dwudziestozłotówkę. Niestety zarówno wieża, jak i kaplica były już zamknięte. Nic straconego wróciłem w to miejsce następnego dnia rano, co możecie zobaczyć na załączonych zdjęciach. Mały kluczyk, który zobaczycie na nich w moich rękach otwiera podwoje starej świątyni.

Pierwszego dnia powłóczyłem się jeszcze po klimatycznych uliczkach Cieszyna i przekroczyłem granicę państwa. Dziś nie ma z tym, żadnego problemu, zniknęły szlabany, a w budkach strażniczych mieszczą się lokale usługowe. Kiedyś most na Olzie kilka razy dziennie pokonywali w tę i z powrotem ludzie zwani „Mrówkami” (byli to mieszkańcy polskiego Cieszyna, którzy mogli przekraczać granice bez paszportów). A po co tak drałowali? Przynosili na „naszą stronę” produkty, których wtedy u nas brakowało, bądź były drogie.

Po powrocie do hostelu (który o czym wcześniej nie wspomniałem, jest już stałym miejscem spotkań polskich blogerów), wdałem się w rozmowę z Adamem, a potem Mariuszem, ludźmi którzy prowadzą ten przybytek wypoczynku. Nasze dysputy przy piwie trochę się przeciągnęły, ale cóż się dziwić atmosfera była przednia, a ja czułem się jak stały bywalec, prawie jak członek rodziny. W końcu przyszedł czas na spoczynek, od rana czekała mnie dalsza część zwiedzania i kilkugodzinny powrót do domu.

Po kilku godzinach snu w wygodnym łóżku i szybkim prysznicu, ruszyłem do salonu połączonego z kuchnią i jadalnią, gdzie zastałem krzątającego się już Mariusza, który przygotowywał pyszne i zdawałoby się domowe śniadanie dla gości hostelu. Gdy jadłem rozmawialiśmy o Cieszynie i jego szczególnym pięknie. Zostawiwszy bagaż pod opieką hostelu ruszyłem na dalsze poznawanie miasta. Po dokończeniu zwiedzania góry zamkowej skierowałem się w stronę Muzeum Śląska Cieszyńskiego. Zwiedzanie rozpoczyna się tam o pełnych godzinach, więc chwilę musiałem jeszcze poczekać. Czas ten wykorzystałem na spacer po muzealnym parku. Gdy już miałem zakupić bilet podeszła jedna z przewodniczek i spytała czy jednak nie wolałbym przyjść w to miejsce za jakiś czas (tłumaczyła się dużym „nocnym” zmęczeniem). Podobno zawsze byłem skłonny ulegać prośbom pięknych kobiet (a jak twierdzą niektórzy brzydkich nie ma), stwierdziłem że w sumie nie ma problemu i udałem się na dalsze zwiedzanie miasta. Była to niedziela, a ma to niebagatelną zaletę, jeśli chodzi o zwiedzanie w Polsce miejsc sakralnych, gdyż są one wtedy w większości otwarte dla wiernych.

Udałem się w kierunku pochodzącego z XIII wieku kościoła pod wezwaniem Marii Magdaleny. Zanim tam jednak dotarłem przechodziłem przez dobrze utrzymany rynek Cieszyna. Choć piwnice i partery kamienic pochodzą z około XVI wieku to reszta zabudowy wywodzi się z okresu znacznie późniejszego. Jak rynek to oczywiście i ratusz, ten wyróżnia się wyraźnie zaznaczoną wieżą zegarową. Początki tej budowli datować można na wiek XV, niestety z tego okresu niewiele zostało. Budynek niszczony był aż trzykrotnie, a późniejsze odbudowy i rozbudowy spowodowały znaczne zmiany w jego wyglądzie. Prawie na środku dość sporego placu znajduje się studnia z figurą świętego Floriana, jest ona pozostałością starego systemu zasilania miasta w wodę.
Swoje funkcje handlowe cieszyński rynek pełnił, aż do początków XX wieku. Wystarczy odrobina wyobraźni i spacerując pośród znajdujących się tu arkad, można przenieść się na gwarny plac targowy z minionych lat.

Jak już wspomniałem kierowałem się do kościoła Marii Magdaleny. Jest on najstarszą tego typu budowlą w Cieszynie, nie licząc oczywiście Rotundy na wzgórzu zamkowym (ale ona była kaplicą, a nie kościołem). Jego geneza wywodzi się już z XIII wieku, choć wtedy jego mury były znacznie mniejsze. Należącą do zakonu dominikanów budowlę rozbudowano w późniejszych latach, tak aby pomieściła wzrastającą liczbę wiernych. Jak pewnie wiecie tereny południowej Polski na przełomie XVI i XVII wieku zdominowane były przez ewangelików (których i dzisiaj jest tam dużo). W związku z powyższym przejęli oni na ten okres i ten budynek. W późniejszych latach kościół wrócił do katolików, a pod koniec XVIII wieku po pożarze, który objął sporą część miasta przejął funkcje kościoła farnego. Wszystkie te zmiany wpłynęły niewątpliwie na zarówno zewnętrzny, jak i wewnętrzny wygląd tej świątyni.

Jak pisałem na wstępie w Cieszynie rozwijały się trzy religie. W pierwszej połowie XIX wieku żydom udało się wyprosić u cesarza Franciszka I zgodę na wybudowanie synagogi. Niestety budowla ta nie dotrwała do naszych czasów, podczas II wojny światowej hitlerowcy wzniecili pożar i spalili budynek, który już nigdy nie został odbudowany. Dzisiaj nieopodal tego miejsca wznosi się niewielka kamienica, na której umieszczono tablicę pamiątkową, która informuje nas, że mieściła się w niej Izraelicka Gmina Wyznaniowa. Na bocznej ścianie znalazło się też miejsce na mural upamiętniający Irenę Sendlerową.

Kilkaset metrów dalej, schowany wśród zieleni dawnego cmentarza (dzisiaj przemianowanego na park) wznosi się ciekawy architektonicznie niewielki kościół pod wezwaniem Świętej Trójcy. Został on wybudowany w XVI wieku, jako pierwsza świątynia protestancka w Cieszynie. Zmiany jakie niosła za sobą kontrreformacja spowodowały, że parafię tę przejęli katolicy i już do dzisiaj jej nie oddali. Spacerując po otaczającym kościół parku musimy pamiętać o tym, że pod naszymi nogami pochowano pod koniec XVI wieku około 3000 ofiar epidemii. Z miejscem tym związana jest również legenda ponoć w XIII wieku podczas najazdu Tatarów, gdy bezsilni mieszkańcy Cieszyna schowali się w górach, nagle nie wiedząc czemu najeźdźcy wycofali się i opuścili te ziemie. Uznano to za cud i wybudowano drewniany kościół – niestety po latach strawił go pożar. O całym zdarzeniu przypomniano sobie podczas zarazy, o której wcześniej wspomniałem i w podzięce za ocalenie mieszkańców postawiono murowaną budowlę.

Kilka kroków dalej wznoszą się zabudowania klasztoru ojców Bonifratrów oraz kościoła pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Zakonnicy pojawili się w nowo wybudowanych pomieszczeniach w listopadzie 1700 roku. Podstawową posługą tego zgromadzenia jest pomoc osobom ciężko chorym, z tego też powodu często nazywa się ich Braćmi Szpitalnymi.

Stąd pomny tego, że przede mną jeszcze zwiedzanie muzeum ruszyłem szybkim krokiem w kierunku kościoła ewangelicko-augsburskiego, nosi on nazwę Kościoła Jezusowego i ma swoje początki w 1730 roku. Ta wybudowana w stylu barokowym świątynia jest największym ewangelickim kościołem nie tylko w diecezji cieszyńskiej, ale i w całej Polsce. Niestety w tym miejscu spotkały mnie dwa zdarzenia, które pozwalają mi przedstawić Wam jedynie częściową dokumentację fotograficzną dalszej mojej wizyty w Cieszynie. Otóż, przez moje gapiostwo (nie pomyślałem dzień wcześniej o naładowaniu akumulatorów), aparat fotograficzny odmówił mi posłuszeństwa. Dodatkowo w kościele odbywało się nabożeństwo. O ile zdjęcia z zewnątrz udało mi się zrobić telefonem, to wnętrza będziecie musieli poznać osobiście, lub poczekać na moją kolejną bytność w Cieszynie (mam bowiem zasadę, że nie przeszkadzam ludziom oddającym się modlitwie).

Na koniec przyszła pora odwiedzić muzeum, miałem nadzieję, że przewodniczka już odpoczęła. Gdy dotarłem na miejsce okazało się jednak, że oprowadzać mnie będzie jej kolega. Jako, że byłem jedynym chętnym na zwiedzanie, podróż po Muzeum Śląska Cieszyńskiego była dość ciekawa. Indywidualne zwiedzanie pozwala na zadawanie wielu pytań i prowadzenie ciekawej konwersacji z przewodnikiem. Taki tryb poznawania historii powoduje jednak, że wizyta w muzeum niebezpiecznie może się przedłużyć i tak stało się też i tym razem.

Po wyjściu musiałem się więc pośpieszyć, wróciłem do hostelu po plecak i szybkim krokiem udałem się w kierunku autobusu. Po drodze odwiedziłem jeszcze jedno miejsce, którym był zabytkowy dworzec kolejowy, pochodzący z końca XIX wieku. Kiedyś notowano tu spory ruch pociągów, niestety dzisiaj budynek niszczeje, a szkoda. W miejscu tym znalazłem też kolejne (choć ruchome) powiązanie Cieszyna z Włochami. Była nim piękna czerwona Vespa.

Niestety brak czasu spowodował, że nie trafiłem do wielu jeszcze atrakcji tego miasta, nie odwiedziłem też jego czeskiej części. Koniecznie będę musiał wrócić do Cieszyna, co zresztą już obgadałem z chłopakami z „3 Bros”, bo niewątpliwie to tam się zatrzymam, nie wyobrażam sobie innej opcji.

6 uwag do wpisu “Bracia, mrówki i dwie legendy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s