Dworzec, film i ptak z odpadów

Pewnego weekendowego dnia postanowiłem wybrać się do miasta, które w opinii jednych jest zachwycające, inni natomiast mówią, że to koszmar i nie warto tam zaglądać. Co prawda odwiedzałem już je, ale tylko przelotnie i nie zdążyłem wyrobić sobie opinii, tym razem postanowiłem się nie skupiać na jednej atrakcji tylko pospacerować trochę ulicami i zobaczyć co z tego wyniknie. Oczywiście pewien plan miałem w głowie, choć jak się okazało później plany to jedno, a żywiołowa natura to drugie. Gdy coś mnie zainteresuje to podążam w tym kierunku choćby z wywieszonym językiem i na czworakach, ale tym razem aż tak nie musiałem się wysilać.

Nie wiem, która to zmiana, dobra czy zła spowodowała, że aby dostać się w rozsądnych godzinach z jednego miasta wojewódzkiego do drugiego, oddalonych od siebie o około 140 km trzeba się sporo natrudzić. Zerwawszy się bladym świtem, a właściwie do świtu to było jeszcze daleko ruszyłem na dworzec kolejowy w Kielcach. Po kupieniu biletu w jedną stronę poszedłem na peron i grzecznie usiadłem w pociągu, obok mnie nie było nikogo więc rozparłem się wygodnie myśląc o chwili drzemki. Niedługo po odjeździe pojawiła się konduktorka, a tuż za nią starsza pani, która jak zdążyłem zauważyć siedziała z małą dziewczynką po drugiej stronie wagonu. Po załatwieniu biletowych formalności kobieta patrząc na mnie błagalnym wzrokiem prawie niedosłyszalnym głosem spytała, czy nie byłbym tak uprzejmy i nie zamieniłbym się na miejsca  (pociąg posiadał rezerwację miejsc) z jej wnuczką, która siedzi sama dwa wagony dalej. Mnie w sumie było wszystko jedno, a gdzieś w głowie zakiełkował mi obraz małej dziewczynki, która sama przestraszona pośród obcych ludzi wypatruje babci. Zgodziłem się i poszliśmy dokonać wymiany, jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast maleństwa zobaczyłem sporych rozmiarów około szesnastoletnią nastolatkę siedzącą przy innej kobiecie. Dziewczynka nie wyglądała raczej na zadowoloną z zamiany miejsc. Dalsza podróż upłynęła mi na rozmowie z wiekową już współpasażerką, która jak tylko zobaczyła, że piszę tekst na blog nie dała mi chwili spokoju. Nie powiem była miła i rozmowa toczyła się na tematy związane z podróżami, kobieta nawet poprosiła o adres mojego bloga, aby zapoznać się z jego treścią.

Gdy dotarłem do Łodzi, bo to ona była celem mojej podróży, pomyliłem kierunki i wyszedłem nie z tej strony dworca kolejowego, z której chciałem. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, moim oczom ukazały się bowiem zabudowania Atlas Areny. I dzięki temu zainteresowałem się tym obiektem, a jest czym. Budowla powstała w 2009 roku i od razu stała się miejscem rozgrywania siatkarskiej Ligii Światowej. Pierwszy mecz jaki się tam odbył zgromadził ponad 13 tysięcy widzów. Ta wielka hala sportowa jest największym tego typu budynkiem w Polsce. Jej przeznaczenie nie ogranicza się wyłącznie do zmagań sportowych, nawet Wy moglibyście ja wynająć, oczywiście jeśli macie wolne około 30-50 tysięcy złotych (bo tyle kosztuje dzienny wynajem).

Kilka zdjęć i powrót na właściwą trasę mojej łódzkiej podróży. Parę minut spaceru aleją A. Mickiewicza i mym oczom ukazał się budynek okraszony wysokimi kolumnami, okazało się, że jest to kościół pod wezwaniem Matki Boskiej Zwycięskiej. Co w nim takiego szczególnego? Cofnijmy się do roku 1920, gdy pod Warszawą toczyły się walki w wojnie polsko-bolszewickiej. Mieszkańcy Łodzi postanowili wymodlić zwycięstwo Polaków i przyrzekli, że jeśli nasze wojska poradzą sobie z agresorem to oni wybudują w podzięce kościół. Jak wiecie ich modły zostały wysłuchane, co więc było robić, jak przyrzekli tak zrobili. Powstała pierwsza świątynia maryjna w Łodzi, choć jej budowa trwała dość długo, a zawierucha wojenna spowodowała, że w tym budynku urządzono zakłady produkcyjne. Później znowu przywrócono mu funkcje modlitewne, a w latach 80-tych XX-tego wieku dzięki wstawiennictwu papieża Jana Pawła II, przeniesiono do niego z Watykanu mozaikę przedstawiającą Matkę Boską Częstochowską. Przed okazałym wejściem umieszczono natomiast pomnik ofiar pomordowanych w czasie II wojny światowej w Katyniu.

Idąc dalej minąłem po drodze kilka ciekawych murali, aż dotarłem do miejsca, które mnie zachwyciło. Co tam było? Nic innego jak… przystanek tramwajowy. No tak, powiecie że pewnie zwariowałem, co ciekawego może być w przystanku – spójrzcie więc na zdjęcia „Stajni Jednorożców”, bo tak właśnie nazywają go miejscowi. Budowla ta powstała dość niedawno bo w 2015 roku, mnie zauroczyła lekkość i kolorystyka tego miejsca, później dowiedziałem się, że różnokolorowy dach o powierzchni 3 tysięcy metrów kwadratowych, jest największym tego typu „cudem” architektonicznym na świecie.

Kilkaset metrów dalej dotarłem w końcu do pierwszego zaplanowanego przeze mnie w tym dniu celu podróży, było nim Muzeum Kinematografii. Gdy mówi się o Łodzi, pierwszym skojarzeniem jest przemysł włókienniczy, tylko nieliczni wspomną o szkole filmowej, a jeszcze mniej osób kojarzy Łódź jako największe w Polsce powojennej centrum filmowe. Aby Was przekonać o jego świetności podam kilka nazwisk: Andrzej Wajda, Krzysztof Kieślowski, Roman Polański, Krzysztof Zanussi, Jerzy Machulski, Janusz Gajos, Barbara Brylska, Pola Raksa, Cezary Pazura, Zbigniew Zamachowski, czy Adrianna Biedrzyńska. To w Łodzi od 1945 roku działała Wytwórnia Filmów Fabularnych, w której powstały takie kultowe tytuły jak: Zakazane Piosenki, Krzyżacy, Potop, Faraon, Popioły, Stawka Większa Niż Życie, Noce i Dnie czy Seksmisja.

Muzeum Kinematografii zabiera nas w podróż po produkcji filmowej, znajdziecie w nim wszystko, co związane jest z X muzą. Począwszy od najróżniejszych urządzeń, poprzez stroje, charakteryzacje, czy plakaty filmowe, kończąc na planach zdjęciowych.

Również jeśli przyjedziecie tu z dziećmi, to będą one miały wielką frajdę na najwyższym piętrze znajdują się eksponaty związane z bajkami produkowanymi w łódzkiej wytwórni Se-Ma-For. Spotkacie tam misia Coralgola, psa Reksia, misia Uszatka, czy Muminki. Można też pospacerować ulicami miasta z bajek.

Muzeum oferuje jeszcze jedną atrakcję, wynika ona z usytuowania ekspozycji. Mieści się ona bowiem w pałacu jednego z pierwszych potentatów włókienniczych Karola Scheiblera. Dzięki temu możemy podziwiać warunki w jakich mieszkał i pracował człowiek do którego należała kiedyś szósta część Łodzi.

Gdy po dłuższym czasie zwiedzania opuściłem już muzeum, ruszyłem w kierunku centrum, choć nie prostą drogą. Postanowiłem jeszcze zwiedzić zdawałoby się nieciekawe otoczenie muzeum, ale czy naprawdę nieciekawe? Możecie to sami ocenić na dołączonych przeze mnie zdjęciach.

Po chwili dalszego marszu ukazał się moim oczom ogromny mural przedstawiający ptaka. Nie jest to jednak typowy dla tego rodzaju sztuki malunek na ścianie. Ptak przypominający sokoła powstał bowiem z najróżniejszych plastikowych i metalowych odpadów pochodzących ze złomowiska. Jego autorem jest portugalski artysta Bordalo II, którego „zwierzęta” możemy znaleźć w wielu miastach Europy.

Lekko chaotyczny spacer ulicami Łodzi zaprowadził mnie pod kolejny budynek sakralny, był nim neoromański kościół pod wezwaniem Najświętszego Imienia Jezus. Prowadzony on jest przez zakonników z zakonu jezuitów. Od 1884 roku, aż do 1945 roku funkcjonowali tu ewangelicy, którzy powojennym władzom kojarzyli się ze znienawidzonymi Niemcami, dlatego chcąc uchronić tę piękną budowlę przejęli ją katoliccy zakonnicy i tak już zostało do dzisiaj. Jako, że drzwi były otwarte śmiało wszedłem do środka, aby porobić zdjęcia. Jakież było moje zdziwienie, gdy z kościelnych głośników w samym sercu Polski usłyszałem słowa wypowiadane po niemiecku. Po chwili sytuacja wyjaśniła się, trafiłem na polsko-niemiecki ślub. Po cichu, aby nie przeszkadzać strzeliłem kilka fotek i wycofałem się na zewnątrz.
Idąc dalej trafiłem na kolejny kościół neoromański. Ten z kolei nosił imię Podwyższenia Krzyża Świętego, nie dane mi jednak było zobaczyć jego wnętrz. Obchodząc go jednak trafiłem na dość szczególny pomnik ofiar stanu wojennego.

Dalszy spacer w kierunku budowli sakralnej, którą miałem na mojej wyjazdowej liście życzeń umilały mi dość gęsto umieszczone w tym rejonie murale. W końcu stanąłem przed Soborem świętego Aleksandra Newskiego. Ta prawosławna katedra została wybudowana w 1884 roku w… trzy tygodnie. Aż trudno w to uwierzyć widząc jej piękno, które zostało docenione, gdy cerkiew ta została uznana za jedną z najoryginalniejszych polskich świątyń prawosławnych. Niestety piękne wnętrza pozostały dla mnie niedostępne, mam więc nadzieję, że wrócę jeszcze do tego miejsca.

W tym miejscu zakończę pierwszą część relacji z mojego wyjazdu do Łodzi, ale już niedługo zamieszczę jej dalszy ciąg.

11 uwag do wpisu “Dworzec, film i ptak z odpadów

  1. Fajna jest Łódź, co nie? :)))
    Ciekawie opowiedziałeś to, co widziałeś w moich kątach, rejon Mickiewicza, Sienkiewicza to moje rewiry (kościół Podwyższenia św. Krzyża jest moim parafialnym kościołem 😉 )
    Nie wiem, czy byłeś w parku Poniatowskiego, znajdującym się po drugiej stronie alei Mickiewicza, naprzeciwko kościoła MB Zwycięskiej, to przeuroczy park, ma też bunkry i tunele z czasów II W.Ś, które służyły Niemcom jako schrony. Nie są udostępniane turystom, ale może kiedyś będą. Ciekawe, czy byłeś w Planetarium? W Dętce? itd…. 🙂

    Polubienie

    1. Łódź mnie zauroczyła 🙂 więc będę tam wracał, w sumie to miałem niecały dzień na jej zwiedzanie (niech żyje polska komunikacja masowa), odwiedziłem jeszcze kilka miejsc, choć do tych o których piszesz nie dotarłem. Sporo rzeczy jeszcze mnie czeka, przed następnym wyjazdem zwrócę się do Ciebie po porady 🙂

      Polubione przez 1 osoba

      1. Bardzo chętnie podpowiem to i owo 🙂 Cieszę się też, że Łódź Ci przypadła do gustu, mimo obiegowych stereotypów o tym mieście. Ale prawdą jest, że wiele tu zaniedbań, dziesięciolecia bez remontów, więc zewsząd słychać krzyk o zmiany i o pieniądze… Nie samymi galeriami żyje miasto, ważne jest, jak żyje się jego mieszkańcom. Zapraszam, daj znać, gdy będziesz się wybierał do Łodzi 🙂

        Polubienie

  2. Łódź to ciekawe miasto, ale jeszcze wiele przed nią, by była równie atrakcyjna co Kraków czy Wrocław.
    Spędziłam tam tegoroczną majówkę i też trochę udało mi się tam zobaczyć, lecz wciąż jakoś nie zabrałam się do napisania relacji…

    Polubienie

      1. Masz nieco racji, jednak Łódź sama za mało się stara. W czasie majówki, czyli w momencie wzmożonego ruchu turystycznego, napotykaliśmy na same utrudnienia. Dla przykładu: większość muzeów była czynna tylko 30 kwietnie (sobota), a w okresie 1-3 maja (niedziela-wtorek) już nie. Również niektóre restauracje i kawiarnie miały przerwę urlopową…
        Mieliśmy wrażenie, że łodzianie sądzą, że na majówkę wszyscy wyjeżdżają z miasta, a nie do niego przyjeżdżają 😉

        Polubienie

      2. To niestety nie tylko specyfika Łodzi, w wielu miejscach można spotkać się z „olewaniem” turystów. Myślę, że wszystko zależy od ludzi, którzy prowadzą daną atrakcję, czy lokale. Jednakże dalej będę uważał, że warto odwiedzać takie miejsca, bo tylko ukazując zainteresowanie można zmienić mentalność ich właścicieli 🙂

        Polubione przez 1 osoba

  3. stotom

    Jak zwykle bardzo ciekawy wpis, muszę koniecznie odwiedzić to miasto. Może i Łodzi brakuje środków na rewitalizację i odnowę miasta, ale pod niektórymi względami – jak na przykład remontami kamienic – bije inne miasta na głowę. No i ta niezwykła architektura przemysłowa – chociażby w kontekście otoczenia Muzeum Kinematografii – to wielki skarb Łodzi. A Księży Młyn?

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s