Jak trafiłem do Gaju

Dzisiaj zabiorę Was w pierwszą, z kilku odcinkowego cyklu, podróż za wschodnią granicę. Postaram się w nim pokazać różne oblicza miejsca na wskroś multikulturowego, choć obecnie uważanego za zaścianek. Miejsca, które Polacy uważają za swoje. Nie są w tym jednak osamotnieni, również inne państwa pragną udowadniać jak bardzo te tereny należą do nich. Ostatnio mimo wielu zapewnień o wzajemnej przyjaźni wybuchły kolejne animozje na tle wzajemnych relacji, wywołane głośnym już filmem Wojciecha Smarzowskiego (nie będę się o nim wypowiadał, bo go jeszcze nie oglądałem).

Jak już pewnie się domyślacie postanowiłem wyruszyć na Ukrainę. W tym celu po krótkim zwiedzaniu Krakowa, gdy zapadł już zmrok wkroczyłem na górną płytę dworca autobusowego w dawnej stolicy Polski. Po pewnym czasie niecierpliwego (zawsze tak mam przed każdym wyjazdem) oczekiwania podjechał autobus, który miał mnie zawieźć do celu. Ku mojemu zdziwieniu (w sumie chyba nieuzasadnionemu) okazało się, że autokar posiadał Ukraińskie tablice, a kierowcy nie znali języka polskiego. Po kilku godzinach jazdy dojechaliśmy do granicy państwa, a zarazem Unii Europejskiej. Polscy celnicy zebrali wszystkie paszporty i zniknęli na około godzinę. Gdy już dokumenty wróciły do podróżnych ruszyliśmy dalej, choć to słowo raczej nie odzwierciedla kilkuset metrów, które przejechaliśmy, aby stanąć przed szlabanem tym razem Ukraińskim. Procedura powtórzyła się, kolejna godzina i już mogliśmy cieszyć się „wschodnim” powietrzem.

Po kilku kilometrach, w niewielkiej miejscowości Krakowiec kierowca nagle zahamował i stanęliśmy. Co było powodem tego postoju – awaria, wypadek? Nie, to niewielkie stado krów prowadzone przez pochyloną babcinkę środkiem drogi. Po chwili zorientowała się ona, że chyba blokuje ruch więc machnęła laseczką, a zwierzęta, niczym Morze Czerwone przed Mojżeszem, rozdzieliły się na dwie grupki idące obiema stronami drogi, mogliśmy jechać dalej.

W końcu w nikłym, bo przebijającym się przez gęste i niskie chmury, świetle poranka dotarliśmy do Lwowa. Założywszy oba plecaki ruszyłem na poznawanie tego miasta. Na pierwszy rzut poszedł, umiejscowiony w północno-wschodniej jego części Szewczenkowski Gaj. Co w nim takiego szczególnego? Mieści się tam Skansen Architektury i Życia Codziennego. Zgromadzono w nim wiele zabytków budownictwa oraz dawne wyposażenie gospodarstw domowych.

Po przekroczeniu bramy wejściowej skierowałem się do pierwszych zabudowań. Powitała mnie w nich starsza pani, która dość dobrym polskim opowiedziała mi w kilku słowach o dawnych mieszkańcach. Sytuacje takie powtarzały się wielokrotnie w pozostałych budynkach.

Mnogość obsługi, często ubranej w stroje ludowe, a nawet zajmującej się dbaniem o wygląd „przydomowych” ogródków powodowała, że skansen zdawał się żyć, a nie być jedynie muzealnym echem dawnych dni. Czasami pomiędzy zabudowaniami przemykały koty, czy psy, natknąłem się też na stado kóz, a na drzewach śpiewały swoje poranne trele ptaki. Istna spokojna wieś.

Po około godzinie zwiedzania zacząłem jednak odczuwać przejmujące zimno wnikające pod moje ubranie, postanowiłem się więc trochę ogrzać, a nadarzała się ku temu świetna okazja. Przy jednej z chałup, będących kozacką kuźnią, krzątały się 2 kobiety, gdy przyjrzałem się dokładniej co robiły, okazało się, że warzyły pięknie pachnące zupy. Już na samą myśl o jedzeniu zrobiło mi się cieplej, szybko więc podszedłem do jednej z kobiet i spytałem jakie mają dania i ile one kosztują. Z, o dziwo dość sporej oferty wybrałem gęsty krupnik, z dwiema pajdami chleba. W przeliczeniu na złotówki zapłaciłem w przybliżeniu 4 zł. Jeśli interesuje Was smak, to powiem, że jak dla mnie niebo w gębie.

Posilony i rozgrzany, choć jadłem na dworze (innej możliwości nie przewidziano) mogłem dalej podziwiać stare budownictwo. Jak widzicie na załączonych do tego tekstu zdjęciach było co oglądać. Ale budynki i ich wnętrza to jednak nie wszystko co można tu zobaczyć. W skansenie zgromadzono bowiem również sporą kolekcję sztuki ludowej.

Im później było tym więcej ludzi zaczynało się pokazywać na alejkach tego żywego muzeum. Były to samotne pary, trzymające się za ręce i wpatrzone w oczy, wycieczki szkolne, rodziny z dziećmi czy kilku samotnych turystów. Po około 3 godzinach zwiedzania wróciłem ponownie pod główną bramę i ruszyłem w kierunku kolejnego celu jaki obrałem na ten dzień, był nim chyba najbardziej znany cmentarz Lwowa – Łyczakowski, ale o mojej wizycie na nim opowiem Wam już w kolejnym tekście, gdyż postanowiłem zwiedzić go w trochę inny sposób niż większość turystów.

4 uwagi do wpisu “Jak trafiłem do Gaju

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s