Pod poziomem ulic i z lotu ptaka

Jak wiecie stolicę małopolski odwiedzałem już wielokrotnie w wielu konfiguracjach zwiedzania, ale pozostało w niej jeszcze dużo atrakcji, które warte są zobaczenia. Dlatego postanowiłem po raz kolejny udać się do grodu Kraka.

Gdy wysiadłem z pociągu niebo zasnuwały chmury i zaczynało padać. W taką pogodę najbardziej martwię się o mój aparat fotograficzny, który lubię nosić przewiązany na prawej ręce, tym razem musiałem go jednak schować pod rozpiętą kurtkę.

Jako, że miałem już wykupiony bilet do pierwszej z zaplanowanych przeze mnie atrakcji udałem się w kierunku krakowskiego Rynku Głównego. Nie poszedłem tam jednak najkrótszą drogą, znaną chyba większości z Polaków, a skierowałem się na ulicę Radziwiłłowską, gdzie trafiłem na wiele ciekawych elewacji budynków. Na ulicy tej mieści się również Muzeum Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Nie dane mi było jednak go zwiedzić, wstąpiłem natomiast do dwóch kościołów położonych przy ulicy mojego imiennika Mikołaja Kopernika.

Pierwszym z nich była Bazylika Najświętszego Serca Pana Jezusa. Świątynia ta w swojej obecnej formie powstawała przez 12 lat na początku XX wieku. Można wręcz powiedzieć, że rodziła się w bólach I wojny światowej. Nie była jednak pierwszą budowla sakralną powstałą w tym miejscu. Jezuici będący właścicielami terenu już pół wieku wcześniej postawili tu kaplicę , która dość szybko okazała się jednak zbyt mała na potrzeby wiernych.

Hasło głoszone przez zakonników Sentire cumEcclesia (Zawsze z Kościołem) w czasach zaborów, a później w okresie odradzającej się z popiołów I wojny światowej Polski, trafiło na podatny grunt. Parafia stała się jedną z ważniejszych w Krakowie. Jezuici nazywani są komandosami kościoła i znani są ze swojego posłuszeństwa. To przedstawiciel tego zakonu zasiada obecnie na „tronie piotrowym”. Ich odmienne podejście do kwestii posłannictwa powoduje, że często stawiani są w opozycji do jednej z największych organizacji kościoła katolickiego – słynnej Opus Dei.

Dzisiaj Bazylika Najświętszego Serca Pana Jezusa może pochwalić się jedną z najwyższych, bo liczącą 63 m, kościelnych wież w Krakowie, a jej wnętrza zdobią przepiękne przykłady sztuki sakralnej.

Około sto metrów dalej, w kierunku Głównego Rynku natknąłem się na kolejną budowlę sakralną. Tym razem był to kościół pod wezwaniem mojego imiennika św. Mikołaja. Historia tego miejsca jest znacznie starsza niż opisywanej wcześniej konstrukcji i sięga XIII wieku, kiedy to postawiono tu pierwszą kaplicę. W późniejszych wiekach, z racji umiejscowienia przy jednym z głównych europejskich szlaków handlowych, parafia borykała się z wieloma zdarzeniami, ot choćby powodziami, czy najazdem Szwedów, które doprowadziły do kolejnych przebudów kościoła.

Gdy obchodziłem kościół dookoła natknąłem się na ciekawą kamienną kolumnę, jak później się okazało była to XIV-to wieczna tzw. latarnia zmarłych – jedyna tego typu zachowana w Krakowie. Jej przeznaczenie było dość mroczne, gdyż miała ostrzegać podróżnych o zbliżaniu się do niebezpiecznego miejsca, jakim było leprozorium, czyli szpital dla trędowatych.

Innym wartym obejrzenia obiektem na terenie kościoła św. Mikołaja w Krakowie jest ormiański chaczkar (stojąca płyta mająca upamiętniać ważne zdarzenie lub osobę). Armeńczycy cieszyli się w grodzie Kraka, jak i w całej Rzeczpospolitej dużym szacunkiem, często sprawowali funkcje w administracji państwowej, a w szczególności trudnili się rzemiosłem i handlem, będąc znaczącym łącznikiem pomiędzy ówczesnym Wschodem i Zachodem.

Krakowski chaczkar według napisu znajdującego się na nim upamiętnia Ormian mieszkających od XIV wieku w Polsce, ofiary ludobójstwa dokonanego w Turcji w 1915r., Polaków zamordowanych przez UPA, oraz księży ormiańskich wywiezionych podczas II wojny światowej na Sybir.

Spojrzawszy na zegarek ruszyłem w kierunku miejsca, które chciałem zwiedzić już wcześniej, ale jakoś nigdy się nie składało, mówię tu o podziemiach Rynku Głównego. Po drodze zawadziłem jeszcze o traktowany trochę po macoszemu, a także piękny Mały Rynek. Pozostałe do wejścia w krakowskie trzewia kilkanaście minut spędziłem na włóczeniu się pod osłoną Sukiennic.

Gdy wybiła 10.20 zszedłem mniej więcej jedną kondygnację pod poziom ziemi i znalazłem się w innym świecie. Na początek zobaczyłem pozostałości po dawnych drewnianych konstrukcjach miejskich, czy dawny oryginalny bruk. Swoją drogą, chciałbym zobaczyć dzisiejsze kobiety w butach na obcasach spacerujące tymi dawnymi traktami – już widzę oczami wyobraźni długie kolejki do lekarzy i zwiększone zapotrzebowanie na gips. Chociaż może się mylę, skoro nawet na Rysy można ponoć wejść w „szpilkach”.

W jeden z niewielkich zaułków zwabiły mnie dobiegające z jego strony krzyki. Gdy minąłem okryty mrokiem zakręt moim oczom ukazała się dawna gwarna ulica Krakowa, a przede mną stanął młody chłopak, który wyraźnie miał do mnie pretensje, że mu przeszkadzam – dobrze, że to była tylko projekcja rzucona na ścianę, choć muszę przyznać dość sugestywna.

W dalszej części tego podziemnego muzeum można się zapoznać z kilkoma wnętrzami różnych zakładów rzemieślniczych, zobaczyć narzędzia i najrozmaitsze wyroby pochodzące z zamierzchłych czasów. W licznych gablotach umieszczono wiele znalezionych w tym miejscu kilkanaście lat temu skarbów, zarówno tych codziennego użytku, jak i tych stosowanych, czy noszonych od święta.

Rozwieszone w kilku miejscach na ścianach duże fotografie z niedawnego okresu eksploracji krakowskiego Starego Rynku uzmysławiają, że czasami spacerując ulicami miast i wsi, nie zdajemy sobie sprawy ile ciekawych rzeczy znajduje się dosłownie pod naszymi nogami.

Po wyjściu z podziemnego szlaku turystycznego postanowiłem wstąpić do jeszcze jednej z mieszczących się na Rynku Głównym pozostałości po dawnych latach. Spacerując przez centra dużych wiekowych miast, na ich najważniejszym placu prawie zawsze można natknąć się na budynek ratusza, a w Krakowie? Pomyślmy – Sukiennice, Kościół Mariacki, niewielki Kościół Św. Wojciecha, zabytkowe kamienice i… wieża ratuszowa. Tak właśnie, tylko wieża ostała się po chyba niezbyt przemyślanej decyzji XIX-to wiecznych radnych, którzy postanowili wyburzyć znajdujący się na rynku spichlerz, co doprowadziło do zniszczenia ścian ratusza, a w efekcie do konieczności jego rozbiórki, niewiele brakowało, a i samej wieży dzisiaj by też nie było.

A czy warto się na nią wdrapywać? Według mnie zdecydowanie tak, bo nawet jeśli nie lubicie podziwiać kolekcji muzealnych, to ze szczytu rozpościera się piękna panorama Krakowa. Pamiętajcie jednak, że aby dotrzeć na szczyt warto mieć na nogach wygodne obuwie – niektóre stopnie mają wysokość około pół metra i są mocno nadgryzione zębem czasu.

Gdy znalazłem się już z powrotem na dole wróciłem na dworzec, po zostawiony w przechowalni plecak i w strugach deszczu poszedłem zostawić go do hostelu, gdzie przebrałem się i ruszyłem na dalszy podbój grodu Kraka. Ale o tym już w kolejnym tekście.

11 uwag do wpisu “Pod poziomem ulic i z lotu ptaka

  1. Kraków można odwiedzać i zwiedzać wielokrotnie, i wciąż odkrywa się coś nieznanego, coś ciekawego. Pięknie pokazałeś Kraków w różnych odsłonach 🙂
    Byłam tam w 2014 i zdołałam już zobaczyć podziemne muzeum – jest fantastyczne!

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s