Mocz rysia i Bractwo św. Zofii

Czy wiecie co ma wspólnego mocz rysia z Krakowem? Gdzie w miejscu pięknego kościoła powstało targowisko? I gdzie spotkacie Jana nazywanego Markiem, pod którego ramionami skryło się bractwo św. Zofii? Zapraszam Was na kolejną podróż ulicami królewskiego miasta.

Po pozostawieniu bagażu i przebraniu się w cieplejsze ubranie ruszyłem na dalszy podbój naszego królewskiego grodu. W pierwszej kolejności postanowiłem odwiedzić miejsce, które przybliża Kraków do morza. Jak zapewne wiecie jeżeli chodzi o ziemie polskie szlak bursztynowy przebiegał w dawnych wiekach wzdłuż naszej największej rzeki. Nie ma się co dziwić w końcu była to najprostsza droga biegnąca od Bałtyku do stolicy, która wtedy był gród Kraka.

Choć wcześniej wielokrotnie spacerowałem ulicą świętego Jana w Krakowie to jednak ani razu nie zwróciłem uwagi na to co mieści się pod jej numerem drugim. Zresztą chyba nie ma się co dziwić, pewnie wielu z Was przeszło by tam również obojętnie, ot kolejny umieszczony blisko Głównego Rynku sklepik z błyskotkami – tak można sądzić gdy spojrzymy na witrynę, która się tam znajduje. I w sumie sporo w tym prawdy, ale warto jednak zagłębić się w trzewia tego miejsca, minąć gabloty z przepięknymi oferowanymi na sprzedaż wyrobami z bursztynu i udać się do świata fantazji. Bo czyż inaczej można nazwać świat zaklęty przed laty w drzewnych łzach?

Bursztyn przed wiekami nosił wiele nazw, w Polsce najpopularniejsze były jantar i amber, w Grecji na tę kopalną żywicę mówiono elektron, a w Rzymie lyncurium, co oznaczało mocz rysia, wierzono bowiem, że to właśnie z niego, po skamienieniu powstają te przepiękne bryłki.

Jeśli myślicie, że bursztyn to tylko kolejna ozdoba, świecidełko, które miało podkreślać piękno kobiet, czy bogactwo mężczyzn to grubo się mylicie. Owszem były to jego podstawowe funkcje, ale jantar wykorzystywano również chociażby w medycynie ludowej (co czynione jest zresztą do dzisiaj). Wierzono, że dym z podgrzanego bursztynu zabija zarazki i pomaga w leczeniu kataru, korale miały łagodzić najróżniejsze bóle głowy i gardła, a podgrzane bryłki po przyłożeniu do rany wyciągać miały z niej różnorodne zanieczyszczenia. Dzisiaj stosowany w formie nalewek pomaga leczyć choroby związane z gardłem, a wsmarowywany w skórę łagodzić bóle reumatyczne.

Z właściwości bursztynu korzystają też naukowcy badający dawną florę i faunę, czasami tylko dzięki temu, że dany obiekt został zatopiony w kropli jantaru wiemy jak wyglądał, czy czym się odżywiał.

Poza tymi wszystkimi informacjami w krakowskim Muzeum Bursztynu możemy również podziwiać najróżniejsze wykonane z niego wyroby, czasami nawet o bardzo zaskakujących kształtach. Nie ma co się zresztą temu dziwić jest to bowiem bardzo plastyczny materiał i doświadczony artysta potrafi wyczarować z niego istne cuda.

A dla tych, którzy zastanawiają się czy wizyta w kolejnym muzeum nie uszczupli ich zasobów finansowych, śpieszę z informacją, że Muzeum Bursztynu nie pobiera żadnych opłat od zwiedzających. Nie oznacza to oczywiście, że nie można tu zostawić trochę gotówki, wyroby oferowane w sklepie są naprawdę piękne i niewątpliwie skuszą niejednego odwiedzającego.

Nacieszywszy wzrok morskim złotem ruszyłem w kierunku kościoła pod wezwaniem świętego Marka. Choć można by się spierać nad tym jakie było jego prawdziwe imię, gdyż nawet najważniejsza księga chrześcijan – Biblia, nie jest w tym jednoznaczna. W rozdziale nazywanym Dziejami Apostolskimi ten krzewiciel nauk chrystusowych określany jest wręcz jako Jan zwany Markiem. Mówi się też o nim, że był synem świętego Piotra, choć prawdą raczej może być to, że był tylko jego uczniem.

Mieszczący się u zbiegu ulic Sławkowskiej i Św. Marka obiekt sakralny choć nie posiada na zewnątrz żadnych fajerwerków, czy też nie ozdabiają go strzeliste wieże, to jednak robi spore wrażenie. Ta budowla sakralna powstała w drugiej połowie XIII wieku i służyć miała rogaczom. Tak, tak dobrze widzicie, nie chodzi tu jednak o wyznawców znienawidzonego przez chrześcijan kozła, ani o małżonków niewiernych kobiet, a o braci zakonnych zgrupowanych w zakonie świętego Augustyna.

Przy ołtarzu głównym pochowany jest Michał Giedroyć, mnich do którego w XV wieku przemawiać miała w tym właśnie kościele rzeźba Chrystusa, który zapewnił go: „Bądź cierpliwy aż do śmierci, a otrzymasz krainę chwały”. Nie jest to jedyny element łączący to miejsce z silną wiarą w cuda, w kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej znajduje się bowiem obraz z łask słynący.

Sam kościół przeżywał na przestrzeni swojego istnienia wiele burzliwych historii, które mogły doprowadzić go do całkowitej ruiny, jak chociażby cztery pożary, oparł się im jednak i dzisiaj możemy podziwiać jego surowe, zdawałoby się wręcz ascetyczne piękno.

Przy kościele świętego Marka działa również od 1410 roku, z kilkoma przerwami Bractwo św. Zofii. Na początku swojej działalności jego kult skupiał się jednak w szczególności na całkiem innej świętej – Dorocie. Największa świetność Bractwa przypada na XVII i XVIII wiek, kiedy to należało do niego średnio ok. 300-500 członków, w głównej mierze mieszczan. Jako ciekawostkę można dodać, że w pewnym momencie ok. 40% z nich nosiło imię… Zofia.

Kilkadziesiąt metrów dalej mieszczą się budynki należące do zakonu franciszkanów, które przyszło mi zobaczyć jedynie dość pobieżnie.

Tak spacerując klimatycznymi uliczkami Krakowa dotarłem do Placu Szczepańskiego, który powstał w XIX wieku w miejscu wyburzenia znajdującego się w tym miejscu średniowiecznego kościoła i stworzenia tu jednego z największych miejskich targowisk. Jeśli jednak chcecie zobaczyć jak wcześniej wyglądał to nic straconego, na stojącej tam płycie znajdziecie makietę okolicy.

Pierwszym, najbardziej rzucającym się w oczy budynkiem jest Pałac Sztuki wzniesiony na przełomie XIX i XX wieku. Ten secesyjny budynek miał być w swoim zamierzeniu wzorowany na wiedeńskim pawilonie wystawowym pochodzącym z tego samego okresu. Obecnie odbywają się w nim aukcje dzieł sztuki i wystawy malarstwa i rysunku. Swoją siedzibę ma tam też Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych.

Kolejnym wpadającym w oko budynkiem jest czteropiętrowa kamienica pochodząca z początku XX wieku, w której znajdował się pierwszy w Krakowie salon samochodowy. Ach co to były za czasy (po ulicach miasta jeździło wtedy nie więcej niż sto aut). Niestety niski popyt doprowadził właścicieli do tego, że z powodu zbyt wysokich kosztów musieli zamknąć swoją działalność.

Jeśli jesteście miłośnikami sztuki aktorskiej, to pewnie nie obce są Wam takie nazwiska jak chociażby: Anna Dymna, Krzysztof Globisz, Dorota Pomykała, Mieczysław Grąbka czy aktorzy z młodszego pokolenia Marta Nieradkiewicz, Małgorzata Gorol, Jaśmina Polak, albo Paulina Puślednik. Łączy ich to, że związani są z Teatrem Starym noszącym imię Heleny Modrzejewskiej. Mieści się on w kolejnej z kamienic Placu Szczepańskiego, a swoje początki datuje na XVIII wiek, kiedy to krakowski magistrat udzielił Mateuszowi Witkowskiemu zgody na wykonywanie przedstawień. Taki był początek najstarszego zawodowego, polskiego i publicznego teatru w Krakowie. O aktorach już pisałem, ale nie wypada nie wspomnieć również o innych sławach, które upodobały sobie te deski: Tadeusz Kantor, Andrzej Wajda, Zygmunt Hübner, Grzegorz Jarzyna.
Jeśli zawitam do naszego królewskiego miasta na dłużej to nie omieszkam wybrać się na przedstawienie wystawiane w tych przepięknych murach.

Po drugiej stronie Placu Szczepańskiego wznosi się całkowicie odmienny architektonicznie budynek. To pierwszy krakowski drapacz chmur (choć w dzisiejszych czasach trudno go tak nazywać). Powstał on w latach 30-tych XX wieku, a z jego budową wiązał się pewien incydent, który przeszedł do historii. Otóż gdy budynek liczył już pięć kondygnacji, rajcy miejscy postanowili przeforsować decyzję o zakazie budowy na terenie starego miasta kamienic wyższych niż pięć pięter. Aby ominąć ten przepis i zdążyć przed ostatecznym terminem zatwierdzenia decyzji magistratu, budowniczowie wznieśli ostatnie dwa z siedmiu pięter w niesamowitym tempie trzech dni i trzech nocy. Fortel się udał, kamienica stoi do dziś, choć właściciel, którym była Komunalna Kasa Oszczędności musiał zapłacić karę.

Z placu Szczepańskiego ruszyłem w dalszy tego dnia etap zwiedzania Krakowa, ale o nim opowiem Wam w kolejnym tekście, który pojawi się już niedługo.

8 uwag do wpisu “Mocz rysia i Bractwo św. Zofii

  1. Tak pięknie opowiadasz o moim Krakowie. Byłam kiedyś przewodnikiem po tym mieście, a teraz, po latach czytając ciebie zdaje sobie sprawę jak dużo zapomniałam. Dziękuje za te piękne teksty

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s