Na Zachętę

Dzisiaj chciałbym pokazać Wam, że czasami warto zejść z zaplanowanej ścieżki zwiedzania, by zobaczyć coś naprawdę niesamowitego. Czasami opłaca się również zajrzeć w krzaki (no, może inaczej, w pogoni za zabytkami przez chwilę pospacerować po skwerach).

Po wyjściu z uliczek warszawskiego Starego Miasta znalazłem się znowu pod Kolumną Zygmunta, jako że dość mocno już zgłodniałem postanowiłem coś na szybko przegryźć. Wcześniej jednak moją uwagę zwrócił niewielki pomnik stojący na ulicy Podwale. Łatwo go przeoczyć, jest niski i niepozorny, zdawałoby się schowany przed przechodniami, prawie zupełnie tak jak przez wiele lat schowana w mrokach polityki i historii była pamięć o tych, których upamiętnia. Pomnik Katyński, zwany też czasami Kamieniem Katyńskim, został utworzony w 1998 roku, a niemałą zasługę w jego powstaniu miał płk. Ryszard Kukliński.

Głód zmusił mnie do przyspieszenia kroku, ale jak to ze mną bywa zanim dotarłem do paśnika jeszcze kilka miejsc przykuło moją uwagę. Pierwszym z nich była tablica na jednej z kamienic Krakowskiego Przedmieścia informująca, że mieszkał w niej jeden z naszych największych kompozytorów Stanisław Moniuszko, twórca takich wielkich utworów jak Halka, czy Straszny Dwór.

Kilka kroków od tego miejsca schowany jakby trochę w krzakach Skweru Hoovera znajduje się jeden z najstarszych warszawskich pomników, tylko niewiele młodszy od znajdującej się nieopodal Kolumny Zygmunta III Wazy. Przez swoje umiejscowienie często jest niezauważany przez przemykających tędy przechodniów, czy to miejscowych, czy też turystów. Pomnik Matki Boskiej Passawskiej został postawiony w 1683 roku w hołdzie królowi Janowi III Sobieskiemu, który rozgromił pod Wiedniem wojska tureckie. Gdy przyjrzymy się uważnie zobaczymy, że korony zdobiące głowy odróżniają się od całej figury. Jest tak ponieważ zostały dodane dopiero w XIX wieku.

Około 150 metrów dalej, znowu ukryty w krzakach, tym razem skweru ks. Jana Twardowskiego, stoi kolejny pomnik. Upamiętnia on kolejną wielką postać polskiej sztuki, tym m razem pisarza – Aleksandra Głowackiego, choć większość kojarzy go niewątpliwie od pseudonimu jakiego używał. Bolesław Prus, bo o nim tu mowa (Prus to zawołanie herbu pisarza), lubił często spacerować ulicami Warszawy i w takiej spacerowej postawie przedstawiła go Anna Kamieńska-Łapińska, projektantka pomnika. Jako ciekawostkę dotyczącą naszego twórcy dodam, że był on, o czym mało kto wie, wielkim propagatorem turystyki pieszej.

Po przejściu kilkudziesięciu kolejnych metrów trafiłem w końcu do… KFC. Trochę mi się spieszyło i wolałem jeść w marszu. Po zamówieniu „obiadu” skierowałem się w kierunku pobliskiego Teatru Polskiego. Na początku XX wieku postanowiono w naszej stolicy wybudować nowoczesny teatr. Przez kilka lat gromadzono na ten cel pieniądze, aż w końcu w 1912 roku rozpoczęto budowę.  Na deskach Teatru Polskiego wystawiano monumentalne dzieła, a grający je aktorzy należeli do ścisłej czołówki w swoim fachu. II wojna światowa obeszła się z tym miejscem dość łagodnie, co pozwoliło na dość szybkie wznowienie działalności artystycznej.

Skończywszy obżerać się fast food’em ruszyłem w kierunku budynku, który był kolejnym celem mojej wizyty w Warszawie, mówię tu o Muzeum Etnograficznym. Gdy pod niego dotarłem okazało się jednak, że pozostanie on otwarty dla zwiedzających jeszcze tylko przez około 40 minut. Przeczytawszy tę informację doszedłem do wniosku, że to stanowczo za krótko i postanowiłem zostawić go sobie na kolejną wizytę w Warszawie.

Nieopodal jednak zobaczyłem ciekawie wyglądający kościół, niestety był ogrodzony płotem, jaki stawia się na miejscach budów. Na początku postanowiłem jednak obejść go dookoła, po kilku krokach stanąłem przed otwartym wjazdem dla samochodów budowy. Tablica wisząca przy niej informowała, że zakazuje się wstępu na teren prac. Ja jednakże wiedziony ciekawością, postanowiłem spróbować dostać się do środka, tym bardziej, że zauważyłem, że drzwi do kościoła są uchylone. Pewnym krokiem, jakbym był u siebie ruszyłem naprzód. W ten sposób minąłem kilku robotników i już witałem się z gąską, gdy drogę zagrodził mi postawny mężczyzna. Spytał „Co Pan tu robi?” Wiedząc już z tablicy, że jest to świątynia ewangelicka, stwierdziłem, że szukam pastora. „A, jeśli tak to proszę wejść do środka, jest na górze”, usłyszałem w odpowiedzi. I tak znalazłem się wewnątrz, szybko strzeliłem jedną fotkę i ruszyłem w kierunku ołtarza. Nie dane było mi tam jednak dotrzeć, surowy głos mężczyzny w marynarce usadził mnie w miejscu. Pastor nie był zadowolony z mojej wizyty, ale po usilnych prośbach pozwolił mi wykonać jedno zdjęcie ołtarza, a potem miałem spadać w podskokach, bo przecież coś może mi zlecieć z rusztowania na głowę. Tak oto „zwiedziłem” Kościół Ewangelicko-Augsburski pw. św. Trójcy, który swoje początki datuje na drugą połowę XVIII wieku, a którego projekt zatwierdzał sam Stanisław August Poniatowski, król Polski. Swoje koncerty dawał w nim Fryderyk Chopin, a odwiedził go nawet car Rosji Aleksander I.

Kolejnym budynkiem, który zobaczyłem, a którego w ogóle nie miałem w planach była Galeria Zachęta (chyba nie muszę tu nikomu tłumaczyć, że nie jest to galeria handlowa zachęcająca do robienia zakupów). Skoro nie wypaliło mi Muzeum Etnograficzne (swoją drogą trochę nie rozumiem zamykania wystaw o godzinie 17, przy założeniu, że zwiedza się je ok. 2-3 godzin), postanowiłem jednak udać się do Galerii Zachęta. Już w kasie zostałem poinformowany, że owszem mogę robić zdjęcia na wszystkich wystawach poza jedną, nosiła ona tytuł „Poza zasadą przyjemności. Afektywne operacje”. Od niej też zacząłem zwiedzanie i im dalej się w nią zagłębiałem tym bardziej mną wstrząsała. Spytacie, a cóż w niej mogło być takiego rozbudzającego emocje? I w sumie po zastanowieniu trudno byłoby na to odpowiedzieć, bo z wieloma z przedstawionych na niej aspektów życia spotykamy się, może nie na co dzień, ale niewątpliwie wielokrotnie.

Pośród przedstawionych tam prac znalazłem np. zniekształcone chorobami lub urazami twarze ludzkie, swoisty taniec ludzi bez kończyn, samodzielne borowanie (oszpecanie) własnych zębów, figury przedstawiające ludzkie organy i wiele innych  „eksponatów”. Jeśli jesteście zainteresowani jak to wyglądało to tutaj przedstawiono wybrane prace (choć na ekranie komputera, nie robią już takiego efektu). Kolejne wystawy były równie ciekawe, a fotorelację z nich znajdziecie poniżej.

Po wyjściu z „Zachęty” musiałem chwilę odreagować w pięknych okolicznościach przyrody, ale o tym już w kolejnym tekście.

10 uwag do wpisu “Na Zachętę

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s