Malbork – Diabeł i krzyż

Wracając z Gdańska do domu postanowiłem odwiedzić jeszcze jedno miejsce do którego ciągnęło mnie od dawna, a do którego wybierałem się jak sójka za morze. Miejscowość znaną z wielkiego i pięknego zamku, kiedyś obleganego przez rycerstwo, dzisiaj przez rzesze rządnych wrażeń turystów.

Pobudka przed szóstą, szybki prysznic i ciche wymykanie się z dormitorium, żeby nie pobudzić współspaczy. Po kilkudziesięciu minutach byłem już na dworcu głównym w Gdańsku i ruszałem w drogę do celu. Po niecałej godzinie mogłem podziwiać już niewielki, ale bardzo ładny dworzec kolejowy w Malborku. Wybudowany w drugiej połowie XIX wieku w związku z rozwojem Królewskiej Kolei Wschodniej, mającej połączyć Berlin z Królewcem i Gdańskiem. Nie dużo brakowało, aby pozostał jedynie wspomnieniem, gdyż opuszczający w 1945 roku miasto żołnierze Armii Czerwonej postanowili go podpalić. Tylko dzięki szybkiej akcji gaśniczej udało się go uratować.

Wnętrze budynku jest bardzo klimatyczne i aż chciałoby się zostać tu na chwilę, ale po kupieniu biletów do domu, nadszedł czas na ruszenie „na miasto”. W końcu na jego poznanie miałem tylko kilka godzin. Już po wyjściu z dworca poczułem klimat małego grodu, gdy moim oczom ukazał się „salon” fryzjerski oraz dworcowa wieża ciśnień. Po kilku chwilach spokojnego spaceru odnowioną ulicą Tadeusza Kościuszki, dotarłem na Plac Kazimierza Jagiellończyka. Krótkie spojrzenie na zegarek uświadomiło mi, że jeszcze trochę za wcześnie, aby udać się w kierunku największej atrakcji miasta. Postanowiłem więc jakiś czas powłóczyć się po okolicy i to był strzał w dziesiątkę, bo jak się okazało nie tylko zamkiem Malbork stoi.

Ruszyłem ulicą Józefa Piłsudskiego gdzie znalazłem makietę twierdzy malborskiej, a tuż za nią dumnie wznoszącą się Bramę Garncarską. Drugi z tych obiektów wybudowano w XIV wieku i był on punktem wjazdowym w obręb starego miasta.

Stąd było już tylko kilka kroków do zespołu budynków poczty, pięknej neogotyckiej budowli wzniesionej na końcu XIX wieku, którą musiano odbudowywać po zniszczeniach jakie ją dotknęły w czasie II wojny światowej.

Kolejny ciekawy punkt na miejskich ścieżkach Malborka to usytuowana w pobliżu starostwa powiatowego i Nogatu XIV-to wieczna brama, zwana Bramą Mariacką, dziś mieści się w niej pub. Tuż obok tej budowli wznosi się neogotycka wieża ciśnień, wybudowana w 1905 roku, gdy w mieście zakładano pierwsze wodociągi.

Po zrobieniu kilku zdjęć ruszyłem w kierunku zamku, spacer pomiędzy stosunkowo „nowymi” blokami nie był jednak nudny. Wśród XX-to wiecznej zabudowy znalazłem pochodzący z 1380 roku ratusz staromiejski, który swoje funkcje samorządowe pełnił, aż do 1919 roku. Dziś znajduje się w nim Miejski Dom Kultury.

Kilka kroków dalej, prawie przed samym zamkiem wznosi się jeszcze jedna dość ciekawa budowla. Mówię tu o kościele pw. św. Jana Chrzciciela, który prowadzą księża Orioniści. Ideą tego zgromadzenia jest „Kochać, modlić się, wychowywać sieroty i wyrzutki społeczeństwa do cnoty i pracy, cierpieć i poświęcać się z Chrystusem”.

Sam budynek kościoła wzniesiono na przełomie XV i XVI wieku, choć pierwsze budowle sakralne stały tu już w XIII wieku. Natomiast na przełomie XIX i XX wieku parafia ta była jedyną rzymsko-katolicką parafią na terenie Malborka.

I tak sobie spacerując, okrężną drogą dotarłem w końcu do głównego celu mojej podróży. Gdy schodziłem w kierunku kas natknąłem się jeszcze na jedną tablicę pamiątkową, upamiętniającą miejsce pierwotnego pochówku 2116 osób narodowości niemieckiej, które zginęły w Malborku w 1945 roku.

W kasach zamku po odstaniu kilkunastu minut zakupiłem bilet z audioprzewodnikiem (wg mnie daje on większą swobodę zwiedzania) i ruszyłem na podbój jednej z największych średniowiecznych twierdz europejskich.

Gdy spytamy przeciętnego Polaka o Krzyżaków niewątpliwie padnie jedna z dwóch odpowiedzi: Grunwald lub Malbork. Tyle, że z punktu historycznego dość daleko im do siebie. Pierwsza bowiem to duże militarne zwycięstwo wojsk polskich, druga to chwała Zakonu Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie (bo taka była pełna nazwa zakonu krzyżackiego).

Powiecie jak to chwała, przecież po Grunwaldzie rozniesiono zakon w pył. Otóż nie, owszem sławna bitwa przyczyniła się do znacznego  osłabienia jego pozycji, ale po okopaniu się w malborskiej twierdzy Krzyżacy zaczęli powoli odbudowywać swoją potęgę. Gdy Jagiełło stanął pod murami zamku w Marienburgu (bo taką nazwę nosiło wówczas to miasto), musiał obejść się smakiem.

Jak więc to się stało, że niecałe pół wieku później Malbork znalazł się we władaniu Kazimierza Jagiellończyka? I tu sprawdziła się stara maksyma mówiąca, że jeśli nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. Aby obronić się przed atakami armii polskiej wielki mistrz zakonu musiał powołać w swoje szeregi oddziały zaciężne, a tym jak wiadomo trzeba płacić. Skarbiec szybko opustoszał, więc na poczet przyszłych wypłat żołdacy przyjęli w zastaw budynki zakonne. Gdy kolejne termin znacząco się przeciągały postanowili dogadać się z Królem Polski i ostatecznie za kwotę 190 tysięcy florenów przekazali mu we władanie kilka zamków, w tym i Marienburg. Wielki Mistrz musiał opuścić mury warowni i udać się do Królewca, który od tej pory przejął funkcję stolicy państwa krzyżackiego.

No dobrze tyle o historii, a teraz zagłębmy się w trzewia tej jednej z piękniejszych średniowiecznych twierdz. Po przekroczeniu murów zamkowych znalazłem się wśród licznych kuglarzy, ptaszników oraz dużej rzeszy gawiedzi chętnej jak i ja poznać wnętrza warowni.

Sam zamek składa się z kilku poziomów i trzeba wygospodarować sobie co najmniej 3-4 godziny na ich zwiedzenie. W licznych komnatach poustawiano najprzeróżniejsze eksponaty odnoszące się do minionych epok. Specjalnie użyłem tu liczby mnogiej, gdyż nie ograniczono się tu jedynie do średniowiecza, a przedstawiono zarys historii od początku powstania budowli, aż po najbliższe nam dzieje.

Z słuchawek audioprzewodnika płynęły do mojej głowy informacje o kolejnych mijanych pomieszczeniach, nie były to tylko suche fakty, czasami wręcz układały się w barwną historię, mogącą posłużyć za kanwę jakiejś superprodukcji kinowej.

Jedną z nich jest opowieść o tym jak obrabowano wielki skarbiec zakonu. Do pomieszczeń gdzie trzymano ogromne kosztowności, które nie mieściły się już nawet w specjalnych skrzyniach, więc umieszczano je bezpośrednio na posadzce, klucze miały tylko trzy osoby: wielki mistrz, komtur i skarbnik. Co więcej aby otworzyć drzwi trzeba było tych kluczy użyć równocześnie. Ale sprytni… piekarze, znaleźli i na to sposób ze swoich pomieszczeń usytuowanych pod skarbcem przebili się przez jego podłogę i spadł na nich – dosłownie – deszcz kosztowności. Szybko je spakowali i uciekli, ich radość nie trwała jednak długo. Państwo krzyżackie było zbyt dobrze zorganizowane, szybko rozesłano wici i ujęto sprawców, ich los był przesądzony za kradzież majątku należącego do zakonu kara była jedna – śmierć przez powieszenie.

W tytule tego tekstu użyłem słowa diabeł i pewnie część z Was zastanawia się co on miał wspólnego z malborską twierdzą. Otóż przytoczę Wam pewna legendę dotyczącą Marienburga.
Za czasów panowania Wielkiego Mistrza Konrada Zoellnera von Rotenstein w Malborku przebywał rycerz o nazwisku Sebald Tharsen, o którym można było wiele powiedzieć, ale nie to że był przykładnym i pobożnym zakonnikiem. Lubił za to hulanki i swawole, a do swoich komnat wracał często w stanie wskazującym na spożycie. Pewnej nocy gdy jego służący niefortunnie zaspał i nie usłyszał swojego pana ten tak się rozzłościł, że do zzucia swojego obuwia wezwał samego szatana. Diabeł jak to diabeł, łasy na dusze cwaniak postanowił wykorzystać okazję. Stawił się szybko na wezwanie i ściągnął buty paniczowi, tyle, że razem z butami zerwał Sebaldowi również skórę z nóg. Okropne rany nie chciały się goić i nieszczęsny braciszek zakonny musiał znosić katusze przez 20 tygodni, aż w końcu oddał duszę temu, który go oskórował.

Gdy już kończyłem zwiedzanie usiadłem jeszcze na chwilę przy jednym z drewnianych stołów i wsunąłem karkówkę, popijając ją regionalnym piwem o nazwie Komtur. Czas umilały mi pokazywane niedaleko ptaki.

Tak wciągnęła mnie atmosfera zamkowa, że o mało nie przegapiłem czasu odjazdu pociągu. Prawie biegiem udałem się na dworzec, a tam okazało się, że pociąg jest opóźniony około 50 minut. Jak nasze koleje to robią tego nie wiem, ale delikatnie mówiąc byłem w szoku. Na trasie, którą pociąg pokonuje w niecałą godzinę, złapał drugie tyle opóźnienia.

Gdy już w końcu usiadłem w nagrzanym słońcem przedziale zaczęły mi się schodzić oczy, a pod powiekami ujrzałem kolejny kierunek moich podróży po Polsce. Tym razem było to jedno z najstarszych polskich miast, w którym w ciągu dwóch dni zjadłem cztery obiady. W mieście tym stoi sobie Katarzynka, która lubiła pływać. A jeśli spytacie mnie co to za miasto to odpowiem Wam, że „Pytania są tendencyjne” i wydam z siebie odgłos paszczą „Patataj, patataj, patataj, patataj…”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s