Jak świnie dały nazwę miastu

Miasto, które kojarzy się wielu przede wszystkim ze złocistym trunkiem, przez wiele lat uważanym za najlepsze polskie piwo eksportowe, posiada też interesującą historię, liczne zabytki, oraz ciekawe położenie geograficzne, o których wie już tylko część mieszkańców naszego kraju.

Wracając do domu z jednego z moich wyjazdów oczekiwałem na dworcu w Bielsku Białej na swój pociąg, który miał mnie zawieźć do Katowic, a stamtąd po kilkugodzinnym oczekiwaniu do domu. Pogoda była ładna, choć chłód zaczynał już doskwierać co niektórym lżej ubranym podróżnym. Nagle przez megafon usłyszałem informację: „Opóźniony pociąg osobowy do Żywca wjedzie na tor przy peronie I”. W mojej głowie zaczęły szybko przeskakiwać trybiki, po co mam czekać kilka godzin na dworcu w Katowicach, skoro mogę „na szybko” zwiedzić miasto, o którym jakieś tam pojęcie miałem, ale właściwie to go jeszcze nie zwiedzałem.

Prędko złapałem leżący u moich stóp plecak i popędziłem na peron. Dzięki wszystkim bóstwom, a w szczególności Polskim Kolejom Państwowym za „karnet Regio”, dzięki któremu nie musiałem kupować biletu. Kiedy już wygodnie się rozsiadłem, wziąłem do ręki komórkę i zacząłem przeglądać informacje o miejscach, które warte są obejrzenia w grodzie nad Sołą. Szczęka opadła mi z wrażenia i musiałem wybrać tylko kilka z nich, w końcu na miejscu miałem około 3 godzin przed powrotem. Gdy cele zostały oznaczone, a mnie zostało jeszcze trochę czasu do wysiadki, zagłębiłem się w czytaniu legend informujących o powstaniu miasta.

Według pierwszej z nich górale mieszkający w tych rejonach upodobali sobie hodowlę trzody chlewnej. W okolicznych bukowych lasach wypasali swoje ogromne stada świń, od czego las nazwano Świni Las. Interes okazał się bardzo intratny, co z kolei spowodowało napływ w te rejony kolejnych ludzi. W końcu ich liczba była tak duża, że powstała nowa osada. Zastanawiano się jak ją nazwać Świński Gród brzmiałby raczej niezbyt poważnie, dlatego po długich naradach postanowiono, że miejsce to Żywcem zwać się będzie.

Inna opowiada o tym, że w zamierzchłych czasach, gdy po lasach biegały nimfy, u podnóża jednego ze wzniesień (będę jeszcze o nim wspominał) powstała osada. Lecz, mimo że jej mieszkańcom dobrze się wiodło, byli nieszczęśliwi ponieważ nie potrafili wymyślić nazwy dla swojego grodu. Jeden z nich postanowił, że wdrapie się na górę porośniętą lasem i tam w samotności, pośród szumu drzew może na coś wpadnie. Gdy tak błąkał się w leśnych ostępach na niewielkiej polanie spotkał płaczącą dziewczynę przecudnej urody. A że był dobrym człowiekiem podszedł do niej i spytał się czy może jej jakoś pomóc. Kobieta okazała się być nimfą nieszczęśliwą z powodu braku miasta, którym mogłaby się opiekować. Po chwili rozmowy zawarli układ, dzięki któremu oboje byli szczęśliwi. Żywia, bo tak zwała się dziewczyna objęła swoją pieczą osadę, a mieszkańcy na jej cześć nazwali swój gród Żywcem. I tak już zostało do dzisiaj.

Czytanie legend tak mnie pochłonęło, że nawet nie zauważyłem jak pociąg dojechał do celu mojej podróży. Szybko więc ubrałem się i narzuciwszy plecak na ramiona ruszyłem na eksplorację. O tym, że w mieście znajduje się jeden z większych polskich browarów można się już dowiedzieć pokonując ulicę Dworcową przejściem podziemnym mieszczącym się naprzeciw budynku dworca PKP. Takie reklamy to ja lubię, choć zajmowały całą powierzchnię ścian tunelu, nie narzucały się krzykliwymi hasłami: „kup mnie”, czy „jestem najlepsze”. Informowały natomiast w kilku słowach jakie piwa produkuje się w miejscowym browarze i czym się one charakteryzują.

Aby dojść do browaru należy skręcić w prawo, ja jednak udałem się w lewą stronę, do centrum miasta i już po kilku chwilach znalazłem przy dość wartko płynącej Sole. Gdy wszedłem na przerzucony nad rzeką most moim oczom ukazał się widok na górę, z którą związana jest kolejna legenda tym razem pełna cierpienia. Pewnego razu młody grajek o imieniu Jec spacerując w okolicach Żywca spotkał młodą dziewczynę w koronie na głowie. Okazała się ona córką królowej Beskidów, wygnaną na tułaczkę, dopóki nie wymyśli nazwy dla pobliskiej góry. Chłopak zaproponował jej pomoc i zakwaterowanie. W domu było miejsce, bo niedawno zmarł jego ojciec. Mijał tydzień za tygodniem, nastała sroga zima, której nie przetrzymała matka młodzieńca. Została pochowana na szczycie bezimiennej góry. Księżniczka obwiniała się o to i coraz smutniejsza często przesiadywała nad grobem swojej dobrodziejki. Nie mogły jej rozweselić nawet piękne dźwięki wydobywające się ze skrzypiec Jeca. W końcu i ona zmarła, a grajek z tęsknoty podążył za nią w objęcia śmierci. Wszyscy spoczęli na górze. Od tego czasu często można było słychać szumiący wśród drzew wiatr halny. Przypominał on dźwięki płynące spod smyczka młodego grajka. Okoliczni zwykli wtedy mawiać, że to Jec gro. I to właśnie od tego ostatniego słowa powstała nazwa góry Grojec.

Gdy znalazłem się na drugim brzegu Soły pozostało mi już tylko kilkaset metrów do celu mojej eskapady – położonych w pięknym parku dwóch zamków, które znajdują się tak blisko siebie, że można by wziąć je za jeden kompleks warowny.

Otaczający historyczne budowle park tak mi się spodobał, że to właśnie od spaceru pośród zieleni, a właściwie bieli postanowiłem rozpocząć zwiedzanie tego miejsca. Został on założony przez rodzinę Wielopolskich (jednych z właścicieli żywieckiego zamku). Miało to miejsce pod koniec XVII wieku, później na przełomie XIX i XX wieku został przebudowany przez Habsburgów. Spacer pośród wysokich drzew, po alejkach i mostkach, pod którymi przepływa woda działa naprawdę wyciszająco. Tym bardziej, że na przestrzeni ok. 26 ha znajduje się też sporo atrakcji, chociażby wybudowany w XVIII wieku domek chiński, będący tak naprawdę altaną parkową, w którym mieści się dziś kawiarnia. Kawałek dalej znajduje się fontanna z pergolą, która ciekawie wyglądała nawet mimo tego, że próżno było tam wypatrywać zieleni, którą cieszy to miejsce od wiosny do jesieni. Idąc dalej parkowymi alejkami można dojść do Parku Miniatur, który podczas mojej bytności był nieczynny z powodu prac konserwatorskich.

Pomny upływającego czasu musiałem w końcu powoli opuścić parkowe alejki i skierować się w kierunku zamków. Pierwszy od strony parku jest ten nowszy, który właściwie można nazwać pałacem. Został on wybudowany, a właściwie przebudowany z oficyn, w drugiej połowie XIX wieku. Jako, że właścicielami tego miejsca byli Habsburgowie, swoim wyglądem zarówno zewnętrznym jak i wewnętrznym przypominać miał sławne wiedeńskie rezydencje Schoenbrun oraz Hofburg. Musiano zadbać o przepych, w końcu miał tu mieszkać pan Państwa Żywieckiego. O tym, jak dużą atencją rodzina książęca traktuje do dziś Żywiec świadczyć może chociażby fakt, że księżna Maria Krystyna Habsburg-Lotaryńska (znajdująca się na liście do brytyjskiego tronu), gdy kilka lat temu wróciła do Polski, zamieszkała właśnie w Nowym Zamku. Dziś jej prochy złożone są w tutejszej konkatedrze. Podczas mojej bytności niestety wnętrza były niedostępne dla zwiedzających, czego bardzo żałuję.

Tuż obok rezydencji Habsburgów znajduje się starszy, bo pochodzący z XV wieku, zamek rodziny Komorowskich. Dziś mieści się w nim Muzeum Miejskie w Żywcu i to właśnie ekspozycje tej instytucji zainteresowały mnie. Kupiwszy bilety skierowałem się do pierwszej z ekspozycji, była nią czasowa wystawa fotograficzna Witolda Jacykowa znanego polskiego fotografika i malarza, będącego jednocześnie osobą kierującą Zakładem Teorii Sztuki i Fotografii Artystycznej w Instytucie Sztuki na Wydziale Artystycznym UŚ w Cieszynie. Przeplatała się ona z wystawą Mariana Cholerka, której tytuł brzmiał Polskie Orły Królewskie z Radzieckich Zegarków Na Zamku w Żywcu. Ta druga prezentowała polskie godła wykonane z części pochodzących z zegarków. Sam pomysł jak i wykonanie bardzo ciekawie prezentował się na zamkowych ścianach.

Gdy przechodziłem dalej podeszła do mnie pracownica muzeum i spytała czy mam bilet na wystawę Sztuka Sakralna Żywiecczyzny. Po chwili rozmowy okazało się, że posiadany przeze mnie bilet zbiorczy mimo zapewnień kobiety z kasy nie zawiera wejściówki na tę ekspozycję. Już miałem zrobić odwrót na pięcie, gdy zobaczyłem puszczone w moim kierunku oko i szeroki uśmiech, a zaraz po nim słowa „Niech pan wejdzie i tak nie ma dzisiaj zwiedzających”. Podziękowałem i zagłębiłem się w pomieszczeniach zajętych przez eksponaty sztuki sakralnej. Jako, że korzystałem z uprzejmości i zobowiązałem się do niewykonywania zdjęć, tę wystawę będziecie musieli przyjechać do Żywca zobaczyć sami (a zapewniam, że warto).

Kolejne kroki skierowałem na piętro, gdzie mieszczą się zbiory prezentujące historię i tradycję Żywca. Oprowadzany przez system nagłaśniający poznałem wystrój wnętrz, ubiór i zwyczaje jakie panowały w mieście przez wieki. Spora część kolekcji przeznaczona jest życiu rodziny Habsburgów, bo nie ma co ukrywać to za ich panowania Żywiec przeżywał największy rozkwit i przemysłową prosperity. Do dziś rodzina książęca wspiera miasto.

Zapoznawszy się z nowszą historią miasta ruszyłem na parter gdzie znajdują się dwie kolejne wystawy. Pierwsza ukazuje najstarszą historię zamku, etapy jego powstawania, a w podłodze odsłonięto nawet mury średniowiecznych pozostałości, na których wybudowano Stary Zamek. Obok tej wystawy znajduje się wejście do zamkowych lochów, w których urządzono prezentację narzędzi tortur, jakie w dawnych czasach stosowali kaci. Strachliwy nie jestem, ale wyobraźnię mam, więc włoski na karku stanęły mi dęba, gdy czytałem wywieszone przy urządzeniach opisy.  Zresztą posłuchajcie sami: „… Potym na zamku w lochu pochodniami smolnemi onego męczono i osądzono na górze Grójcu przez kata Jurka krakowskiego stracono. Naprzód mu pasy dwa na plecach udarto i dwie ręce ucięto, a na ostatku żywo na haku, jako hetmana zawieszono. A brata jego Pawła kołem połamanego do koła wpleciono”. Po wyjściu z podziemi pomyślałem sobie o dzisiejszych osadzonych w więzieniach, którzy mają biblioteki, telewizory, siłownie, ciepły posiłek i łaźnie oraz przywilej pracy (tak przywilej nie przymus) i którzy narzekają na warunki.

Kolejnym działem muzeum, który odwiedziłem był dział etnograficzny, w którym dowiedzieć można się sporo o zwyczajach panujących w rejonie Żywiecczyzny. Wszyscy znamy chociażby tradycję kolędników, ale czy wiecie, że w niektórych beskidzkich wsiach po domach chodzą Szlachcice. Są to młodzi kawalerowie przebrani za Szlachcica, Masarza, Górala, Żyda i Żydówkę. W innym pomieszczeniu zaprezentowano życie górali tego rejonu, począwszy od prowadzenia domu poprzez proste warsztaty, w których wykonywali swoją pracę. Nie zapomniano również o dzieciach, na piętrze znalazło się miejsce na bogatą kolekcję zabawek i instrumentów muzycznych. Ostatnią i według mnie najmniej ciekawą ekspozycją była dość szaro prezentująca się wystawa przyrodnicza.

Po wyjściu z pomieszczeń zamkowych spojrzałem na zegarek i okazało się, że czas już mnie goni. Mimo to postanowiłem jeszcze wstąpić do pobliskiej konkatedry pw. Najświętszej Marii Panny. Kościół ten swoje początki datuje na połowę XV wieku, choć od tamtego czasu był wiele razy rozbudowywany i przebudowywany. To właśnie w nim spoczywają szczątki największych rodzin żywieckich Komorowskich i Habsburgów.

Za konkatedrą znajduje się rynek, a na nim budynek ratusza. Ten obecny wybudowano w połowie XIX wieku na miejscu poprzedniego – drewnianego. Jego architekturę porównuje się do stylów synagog ze współczesnej mu epoki.

Niestety nie odwiedziłem jeszcze kilku ciekawych miejsc, bo był już najwyższy czas na pospieszne udanie się na dworzec kolejowy. Po drodze nie mogłem się jednak oprzeć przed zejściem na nadbrzeże Soły, gdzie znalazłem interesujące widoki na rzekę i jej panoramę oraz ciekawe graffiti.

Wiem jedno do Żywca wrócę, bo co najmniej połowa wartych do obejrzenia w nim miejsc pozostała dla mnie jeszcze nieodkryta.

5 uwag do wpisu “Jak świnie dały nazwę miastu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s