Miasto murem podzielone

Mój dom murem podzielony… lewa strona nigdy się nie budzi, prawa strona nigdy nie zasypia. Tak o celu mojej podróży, pod koniec lat 80-tych XX wieku śpiewał ze swoim zespołem Kazik Staszewski.

Podczas swoich licznych europejskich wyjazdów Berlin mijałem wielokrotnie, czasami zostawał gdzieś pode mną, a czasami, znacznie częściej, śmigał gdzieś z boku, niewidoczny dla mnie ze swojej obwodnicy zwanej Ringiem (nie chodzi tu o ten bokserski, a o niemieckie tłumaczenie słowa pierścień), to w nim też wylądowałem po utracie pamięci.

Miasto to ma dla mnie również inny bardziej osobisty, wręcz rodzinny charakter. To właśnie w nim ok. sto lat temu urodził się mój dziadek. Dociekliwym spieszę z odpowiedzią, nie, nie służył w Wehrmachtcie, a wręcz z nim walczył i po bitwie pod Bzurą trafił do niewoli.

Często mijany, wręcz pomijany, traktowany przeze mnie po macoszemu Berlin w końcu stał się dla mnie celem samym w sobie. No dobrze, przyznam się Wam, już raz go odwiedziłem. Było to „wieki temu”, gdy tak jak w piosence Kazika był on jeszcze podzielony murem. Wtedy to dzięki „bratniej” wymianie pojechałem z innymi, znacznie starszymi ode mnie dziećmi (gdzie minęły te lata, gdy człowiek starszy ode mnie o 4-5 lat był „znacznie starszy, prawie dorosły”) do stolicy Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Berlin, który wtedy odwiedziłem nazywano Berlinem Wschodnim. Z tamtej podróży pamiętam jedynie to, że wiedziony namową starszych reklamowałem swoje ciuchy na sprzedaż, drugim elementem, który utkwił mi w pamięci było korzystanie z automatów rozmieniających pieniądze. Powiecie, co w tym takiego dziwnego i ciekawego? Otóż w tamtych czasach wielkość i waga jednej złotówki, była bardzo mocno zbliżona do jednej wschodniej marki. I to właśnie to wykorzystywaliśmy podchodząc do automatów.

Po kilkugodzinnej nocnej jeździe autokarem z Krakowa, która kosztowała mnie jedynie ok. 50 złotych wysiadłem o 5 rano na usytuowanym na obrzeżach miasta dworcu autobusowym. Jako, że było jeszcze całkiem ciemno postanowiłem do świtu poczekać w dworcowej poczekalni. Gdy czerń nieba zaczynała blaknąć skorzystałem z okazji, że otworzyli dworcowy sklepik i zakupiłem w nim śniadanie, na które składały się opakowane sandwiche i gorąca kawa. Tak pokrzepiony mogłem wyruszyć na eksplorację miasta. Plecak zostawiłem w dworcowej szafce (miałem go odebrać później, gdy będę szedł meldować się do hostelu), i zaopatrzony wyłącznie w aparat ruszyłem w kierunku pierwszej z atrakcji, którą chciałem zobaczyć.

Zanim jednak tam dotarłem zrobiłem kilka zdjęć po drodze, m.in. wieży telewizyjnej, czy mijanego przeze mnie ewangelickiego cmentarza, utrzymanego w stylu parkowym. Ciekawie prezentowała się też stacja kolejki naziemnej, bo jak pewnie wiecie w Berlinie poza metrem funkcjonują również miejskie pociągi naziemne.

Po kilkunastu minutach marszu moim oczom ukazał się w końcu największy z berlińskich pałaców. Wybudowany pod koniec XVII wieku, a następnie rozbudowywany Schloss Charlottenburg. Ten budynek był… prezentem, jaki sprawił swojej żonie Fryderyk III Hochenzollern. Ach te niegdysiejsze podarki, nie kwiatki, czy bombonierka tylko pałac. Gdy margrabia przybrał tytuł króla Prus, z racji jego pozycji trzeba było rozbudować rezydencję, w której mieszkał z żoną.

W późniejszych czasach pałac znacjonalizowano, co jednakże nie umniejszyło jego funkcji jako ważnego ośrodka politycznego. To właśnie w tym miejscu w 1918 roku proklamowano Republikę Weimarską. Są też i polskie akcenty, po wkroczeniu do Berlina podczas II wojny światowej naszych wojsk w budynku umieszczono sztab 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Tej samej, która swój chrzest bojowy przechodziła pod Lenino.

Zofia Charlotta, od której zresztą budowla nosi nazwę, kobieta światowa będąc z wizytą u swojej kuzynki księżnej orleańskiej zakochała się w jej ogrodach. Dlatego po powrocie do Berlina nakazała utworzenie przy posiadłości bardzo podobnych. Do dziś można po nich spacerować, odnajdując spokój zagubiony w zgiełku wielkiego miasta. Miejsce to uwielbiają również biegacze, których na parkowych ścieżkach, mimo wczesnej pory spotkałem wielu.

Zbliżała się już godzina otwarcia kolejnej atrakcji, którą chciałem zobaczyć, gdyż słyszałem o niej same superlatywy. Miejsca dość nietypowego do zwiedzania podczas tak krótkich, bo dwudniowych wypadów,choć dla mnie interesującego. Jednak zanim tam dotarłem spotkałem po drodze inne ciekawe lokacje.

Pierwszą z nich był, wyglądający z daleka jak kościół Ratusz Charlottenburg. Został on wybudowany w 1905 roku, a cesarz Wilhelm II odmówił przejazdu koło niego, bo… jego wieża, o wysokości 89 metrów była wyższa niż wieża zamkowa. W tym miejscu spotkałem też po raz pierwszy zwierzęcy symbol miasta. Choć w zamyśle mieszczący się na herbie miejskim wizerunek niedźwiedzia miał pewnie pokazywać siłę, wolę walki i odwagę to liczne w Berlinie, odwołujące się do niego i wykonane z tworzywa podobizny, bardziej kojarzyć się nam mogą z poczciwym i zawsze pomocnym Misiem Uszatkiem.

Innym ciekawym budynkiem jest gmach berlińskiego Uniwersytetu Sztuki. Uczelni będącej jedną z największych, najbardziej różnorodnych i najbardziej tradycyjnych szkół wyższych w Europie. Naprzeciw niego znajdują się dwa niewielkie pomniki jeden upamiętnia ofiary stalinizmu, drugi nacjonalizmu. Kilkadziesiąt metrów dalej minąłem wznoszącą się ponad ulicą estakadę kolejki S-Bahn i zrobiwszy zdjęcie wznoszącym się nieopodal wieżowcom stanąłem przed bocznym wejściem do berlińskiego ZOO.

Ogród zoologiczny w Berlinie jest jednym z największych tego typu miejsc w Europie, a jeśli chodzi o liczbę zwierząt to nawet na świecie. Obecnie przebywa w nim kilkanaście tysięcy podopiecznych z ponad półtorej tysiąca gatunków. Aż trudno uwierzyć biorąc pod uwagę to, że po zakończeniu II wojny światowej uratowano jedynie 91 osobników.

Spacerując po alejkach przyglądałem się nielicznym wypuszczonym na wybiegi zwierzętom, wchodziłem do budynków, w których przebywały inne, aż doszedłem do miejsca, w którym odbywał się pokaz tresury foki. „Dziewczyna”, a może „chłopak” prezentowała wszystkie swoje umiejętności, za co była nagradzana ofiarowanymi jej przez tresera rybami. Nagle, gdy jedna z nagród wylądowała w okolicach środka basenu na wodę padł sporych rozmiarów cień, a zaraz za nim niczym pocisk wystrzelony z armaty w toń rzuciła się czapla (tę akcję znajdziecie na jednym z poniższych zdjęć). „Złodziejka” uprzedziła fokę i odleciała ze zdobyczą na pobliskie skały. Treser nie zapomniał jednak o swojej podopiecznej i dostała ona zadośćuczynienie.

Z miejscem tym wiąże się też jedna bardzo medialna historia. Otóż pod koniec 2006 roku na wybiegu dla niedźwiedzi polarnych przyszły na świat dwa małe misie. Matka odrzuciła oba, jeden niestety nie przetrwał tego i zmarł, drugim zajęli się opiekunowie. Karmili go butelką i trzymali w inkubatorze. Po prawie czterech miesiącach maluch został po raz pierwszy zaprezentowany publiczności. Jego „ojcem chrzestnym” został nawet niemiecki minister środowiska. Sława niedźwiadka ciągle rosła został nawet oficjalną maskotką organizowanej w Bonn konferencji na temat gatunków zagrożonych wyginięciem. Wy też pewnie o nim słyszeliście, bo swojego czasu głośno było o berbeciu imieniem Knut.

Dalszy spacer zaprowadził mnie przed główną atrakcję, którą z racji licznych dobrych recenzji zamierzałem zobaczyć. Na terenie berlińskiego Ogrodu Zoologicznego znajduje się duży budynek mieszczący Akwarium. Miejsce to jest jedną z najważniejszych europejskich ekspozycji gatunków zamieszkujących akweny wodne całego świata. Przemierzanie jego pomieszczeń daje ciekawy obraz tego, co dzieje się pod powierzchnią, jakby nie było, większej części kuli ziemskiej. Niedaleko wejścia znajduje się oszklony zbiornik, w którym nie pływają jednak ryby, skorupiaki, czy inne morskie stworzenia, a… śmieci wyrzucane przez ludzi do wody i powodujące degradację środowiska. Powiem Wam, że na mnie zrobiło to wrażenie.

Stworzenia wodne to nie wszystko co znajdziemy w budynku Akwarium, na piętrze przedstawiono królestwo płazów i gadów. Pełno tam najróżniejszych jaszczurek, węży czy krokodyli. Po takim zwiedzaniu, aż zaschło mi w gardle. Usiadłem więc na chwilę w barku i wypiłem wodę. Tak pokrzepiony ruszyłem na dalsze zwiedzanie stolicy Niemiec.

Nieopodal Ogrodu Zoologicznego natknąłem się na wysyp opisywanych wcześniej już misi, a obok nich trafiłem na jedno z najbardziej popularnych w Berlinie miejsc spotkań, szczególnie wśród młodych ludzi, Powstała w 1983 roku fontanna o nazwie „Pętle Wodne” miała zostać w 2013 roku zniszczona, całe szczęście, że ten pomysł zarzucono.

Tuż za nią znajduje się Kościół Pamięci. Wybudowano go w 1895 roku, a jego fundatorem był cesarz Wilhelm II. Był to pierwszy neoromański kościół Berlina. Kościół wręcz monumentalny, ale jaki miał być skoro miał upamiętniać dziadka fundatora – Wilhelma I. Początkowo posiadał pięć wież, z czego największa wznosiła się na wysokość 113 metrów i była najwyższą w mieście.

Zastanawiacie się pewnie czemu napisałem początkowo, czyżby świątynia została później rozbudowana? Wręcz przeciwnie. Podczas II wojny światowej nad stolicę III Rzeszy nadlatywały bombowce, to właśnie po jednym z takich nalotów w listopadzie 1943 roku zniszczeniu uległa znaczna część budynku. Po wojnie miejsce to chciano odbudować, wyburzyć całkowicie lub przebudować. W końcu wygrała koncepcja wedle, której pozostawiono ruiny wieży głównej, a wokół niej dobudowano kilka na swój sposób modernistycznych pomieszczeń. Dziś w ruinach mieści się niewielkie muzeum, do którego wstęp jest wolny, a w przylegającym budynku poza nabożeństwami ewangelickimi odbywają się również koncerty muzyki organowej. Ja miałem okazję znaleźć się tam podczas prób do jednego z nich.

Po wyjściu z przybytku wiary ruszyłem na pobliską stację metra, zamierzałem bowiem udać się w kierunku placu, którego nazwa była znana chyba wszystkim w czasach socjalistycznych. Ale o tym jak tam dotarłem i jakie ciekawe miejsca odwiedziłem jeszcze tego dnia dowiecie się już z kolejnego mojego tekstu

10 uwag do wpisu “Miasto murem podzielone

    1. Ze światłem nie było aż tak źle, wystarczyło mi ISO 800, 1/60 lub nawet 1/80 i przeważnie f/4 (zdjęcia robione na zwykłym obiektywie kitowym). Gorzej było z refleksami i odbiciami akwariów, które były naprzeciw, nie zakładałem polara, bo światło by mi padło.

      Polubione przez 1 osoba

  1. piękne zdjęcia. uśmiałam się z poczciwego i zawsze pomocnego Misia Uszatka 🙂
    co on wyprawia, staje na głowie, fikołki fika, żeby tylko nas rozśmieszyć 😉
    ale czemu ta matka-niedźwiedzica odrzuciła oboje dzieci??

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s