Dinozaury, kwadryga i megality

Dinozaury, megality, tajemnicze linie, kolejny kontrowersyjny pomnik i muzeum, które mną wstrząsnęło, a zarazem niezmiernie zaciekawiło, a do którego ze względu na jego specyfikę wstęp mają osoby, które ukończyły 16-ty rok życia. To wszystko i jeszcze kilka innych miejsc przygotowałem sobie na ostatni dzień mojego krótkiego pobytu w niemieckiej stolicy.

Moi znajomi wiedzą, że gdy jestem w podróży to nie mogę dospać, tak było i tym razem. Wstałem gdy na dworze było jeszcze ciemno, a czas do świtu upłynął mi na przygotowaniach do powrotu do Polski. Gdy za oknem zaczęły pojawiać się pierwsze oznaki budzącego się dnia na moich nogach znalazły się buty, a na ramieniu plecak. Poruszanie się po miastach o tak wczesnej porze ma swoje plusy, choćby takie, że można iść szybciej, czy więcej zobaczyć. Ja na początek skierowałem się na dworzec autobusowy, aby pozbyć się bagażu, poza tym to właśnie stamtąd  odchodziło metro, którym chciałem udać się do pierwszego punktu mojej eksploracji.

Po kilkunastu minutach jazdy metrem wysiadłem w miejscu jakże odmiennym od wszystkiego co do tej pory widziałem w Berlinie. Zewsząd otaczały mnie wieżowce, a w architekturze dominowało szkło. Po przejściu kilku kroków stanąłem nad szeroką na około 20 cm linią, która ciągnęła się po ograniczony budynkami horyzont. Jak się pewnie domyślacie pokazuje ona przebieg znajdującego się tu kiedyś muru dzielącego ten „lepszy i gorszy” świat.

Rozciągnięta pod moimi nogami linia może również służyć za pewnego rodzaju cezurę wyglądu tej okolicy. To dopiero w okresie, gdy na ruinach Muru Berlińskiego niemiecka kapela rockowa o nazwie Scorpions grała jeden ze swoich największych światowych przebojów „Wind of Change”, który stał się nieoficjalnym hymnem zjednoczenia Niemiec, postanowiono postawić na Potsdamer Platz budynki mające pokazać, że nadchodzą nowe czasy.

Spacerując w tym miejscu trafiłem w końcu, zwabiony przez wielką żyrafę, do kompleksu budynków Sony Center. Jej główny plac przykryty jest ciekawym w kształcie szklanym dachem, rozciągniętym pomiędzy budynkami, którego ciężar wynosi aż 105 ton i w najwyższym punkcie osiąga wysokość 67 metrów. Nie będę ukrywał, że robi on duże wrażenie. Żałuję tylko, że nie zjawiłem się tu popołudniu gdy to „nakrycie głowy” placu mieni się różnymi barwami.

Nacieszywszy wzrok nowoczesną architekturą jednego z najbardziej ruchliwych miejsc Berlina ruszyłem w kierunku kolejnego naj- tego miasta, a nawet całych Niemiec. Zaraz za szklanymi ścianami Potsdamer Platz zaczyna się bowiem jeden z największych u naszych sąsiadów parków – Tiergarten.

Powstał już w XVI wieku jako miejsce polowań dla władców Brandenburgii. Przez pewien czas był nawet ogrodzony (aby zwierzęta nie uciekały), co było przedsięwzięciem dość pokaźnym, gdyż jego powierzchnia wynosi 210 hektarów (to mniej więcej trzy razy tyle co warszawskie Łazienki Królewskie). Gdy w XVIII wieku postanowiono udostępnić go wszystkim mieszkańcom zmieniono też jego architekturę, stawiając wiele pomników i tworząc miejsca relaksu. Niestety, gdy nastały ciemne lata II wojny światowej wiele z tych miejsc zostało zniszczonych.

Gdy w 1945 roku wojska radzieckie wkroczyły do Berlina to właśnie w parku Tiergarten, niedaleko Reichstagu postawiono monumentalny pomnik upamiętniający poległych żołnierzy Armii Czerwonej (stoi tam do dzisiaj). Władze radzieckie nie przewidziały jednak, że trafi on na stronę „zachodnią”, więc przez kilka dziesięcioleci był dość ciężko dostępny dla „zwykłych” obywateli Bloku Wschodniego.

Zanim jednak dotarłem do tego powojennego monumentu, prawie zaraz po wejściu na tereny zielone, stanąłem na sporej polanie, na której zdawałoby się bezładnie porozrzucane były duże głazy. To swoiste berlińskie Stonehenge nie jest jednak wytworem druidów, a dziełem Wolfganga Krakera von Schwarzenfelda. Człowieka, którego wizją jest przekazanie jedności całego świata. Aby to zrobić wybrał on na wszystkich kontynentach po dwa duże głazy, z których jeden pozostawiał w kraju pochodzenia, a drugi przetransportował do Berlina. No dobrze, powiecie sobie, co w tym ciekawego, że ktoś przywiózł sobie dość niecodzienne pamiątki i porozrzucał je w parku. No właśnie kluczowe jest tu słowo porozrzucał. Skały ustawione są bowiem w ten sposób, aby w dniu 21 czerwca, a więc w czasie przesilenia letniego odbijające się od ich powierzchni promienie słoneczne łączyły je swoistą linią. Każdy z kamieni ma też swoją nazwę, mamy więc: Przebudzenie, Nadzieję, Przebaczenie, Miłość i Pokój.

Główną arterią przecinającą Tiergarten jest ulica 17 Czerwca, upamiętniająca zryw mieszkańców Niemiec, który miał miejsce w 1953 roku, a który został krwawo stłumiony przez armię radziecką. Na jednym końcu alei wznosi się na wysokość 67 metrów Kolumna Zwycięstwa, będąca upamiętnieniem zwycięstw pruskich, na drugim zaś znana chyba wszystkim Brama Brandenburska, w której kierunku się skierowałem.

Po drodze spotkałem jeszcze mężczyznę, który błąka się od dziesięcioleci w tym miejscu, a dokładnie od 1989 roku. Mężczyzna ten krzyczał w kierunku Muru Berlińskiego „Przechodzę przez świat i krzyczę: pokój, pokój, pokój”. Jego wołanie widocznie było skuteczne gdyż w około 6 miesięcy po tym jak zaczął runęła granica rozdzielająca miasto na dwie strefy wpływów.

Tak spacerując dotarłem w końcu do Bramy Brandenburskiej wybudowanej w 1791 roku i mającej symbolizować pokój, choć na jej szczycie w kwadrydze zaprzężonej w cztery konie podąża nie Ejrene (grecka bogini pokoju), a Nike (grecka bogini zwycięstwa). Z posągiem tym wiąże się francuska historia. Otóż, gdy na początku XIX wieku Napoleon pokazał Fryderykowi Wilhelmowi III gdzie raki zimują postanowił, że w ramach łupów wojennych zabierze sobie boginię do Paryża. Odzyskał ją po 8 latach gen. Ernst Heinrich Adolf von Pfuel, gdy wkroczył do Paryża.

Spod Bramy ruszyłem do odległego o kilka kroków budynku parlamentu, który znacie pewnie bardziej pod nazwą Reichstag. Zanim jednak tam dotarłem zajrzałem na niewielki placyk otoczony z trzech stron zielenią, a z jednej szklanymi płytami. Jest to pomnik pomordowanych przez nazistów około 500 tys. przedstawicieli narodowości romskiej i sinti (zwanych potocznie cyganami). Ja bardziej nazwałbym go miejscem pamięci. Po przejściu przez bramę znajdujemy się na otwartej przestrzeni wyłożonej wypolerowanymi kamieniami, warto na nie zwrócić uwagę, gdyż umieszczono na nich nazwy miejsc kaźni. Gdy tak spacerowałem i odczytywałem kolejne nazwy miejscowości usłyszałem w pobliskich krzakach jakiś szelest. Po chwili ujrzałem baraszkującą tam piękną rudowłosą modelkę, pragnąc zrobić jej zdjęcie również zagłębiłem się w chaszcze.

Po krótkiej, acz owocnej sesji, której część efektów możecie zobaczyć na poniższych zdjęciach, skierowałem swoje kroki pod budynek wybudowanego w 1894 Reichstagu. Miejsce to ma swoją „polską” historię i to nie jedną. Przez długi czas powstanie parlamentu w tym miejscu blokował hrabia Atanazy Raczyński, a potem jego syn Karol Edward, którzy byli właścicielami działki. Natomiast kilkadziesiąt lat później w 1945 roku, gdy wojska polskie zdobyły Berlin to ponoć nasz żołnierz jako pierwszy wdrapał się na dach budynku i zatknął na jego szczycie biało-czerwoną flagę. Skończyło się to dla niego dość tragicznie. Radzieccy wyzwoliciele, którzy znaleźli się na szczycie płonącej budowli kilka chwil później zrzucili go na dół, a nasze narodowe barwy wylądowały w płomieniach. Na maszcie załopotały młot i sierp obleczone w czerwień.

Dzisiaj można zwiedzić to miejsce bezpłatnie, a nawet stojąc w szklanej kopule zwieńczającej gmach Reichstagu spojrzeć na Berlin z góry. Należy jednak wcześniej się zarejestrować, czego ja niestety nie zrobiłem i mając w perspektywie dość długie oczekiwanie spasowałem (w końcu pewnie jeszcze tu wrócę).

Blisko budynku parlamentu znajduje się, jakże inny w swojej architekturze budynek rządowy. Piszę tu o wybudowanym w 2001 roku Urzędzie Kanclerza Federalnego. Ta ogromna budowla ze szkła i stali zajmuje powierzchnię około 12 tys. metrów kwadratowych, a mimo swoich gabarytów umyka często odwiedzającym stolicę Niemiec turystom.

Spod Urzędu Kanclerza Federalnego miałem już bardzo blisko do głównego dworca kolejowego. Ta kolejna nowatorska konstrukcja jest drugim co do wielkości dworcem europejskim, a jeśli chodzi o konstrukcję wieżową to nawet największym na świecie. Ale to nie jedyna jego innowacyjność i ciekawostka architektoniczna. Na powierzchni 1800 metrów kwadratowych szklanego dachu zamontowano ogniwa fotowoltaniczne, które czynią z niego swoistą elektrownię słoneczną. Jak dla mnie Berlin Hauptbahnhof jest jednym z najładniejszych nowoczesnych dworców kolejowych. Zresztą zobaczcie sami.

Kilkaset metrów dalej stanąłem przed jednym z zaplanowanych na ten dzień muzeów. Jest to pierwsza na świecie placówka muzealna o charakterze państwowym. Już na początku XIX wieku powstała wystawa prezentująca kolekcję minerałów, około 40 lat później poszerzono ją o kolejne zbiory z dziedziny paleontologii i geologii. W 1889 roku oficjalnie uruchomiono największe w Niemczech Muzeum Historii Naturalnej.

Jego zwiedzanie zacząłem od małej wystawy czasowej prezentującej życie dzikich papug, chodź w swojej głębszej warstwie to właściwie jego zagrożenia. Przemysłowe wycinanie naturalnych siedlisk powoduje bowiem zanikanie wielu gatunków tych pięknych ptaków. Ale czy tylko ptaków? Takie też pytanie stawiają organizatorzy prezentacji.

Po opuszczeniu świata pełnego kolorów stanąłem oko w oko z ogromnymi dinozaurami, a właściwie ich szkieletami. To właśnie w berlińskim Muzeum Historii Naturalnej znajduje się największy na świecie kościec tych zwierząt. Również tutaj można obejrzeć jedyny w Europie oryginalny szkielet uznawanego za najniebezpieczniejszego w historii drapieżnika – T. rexa.

Okres późnej Jury to czas ogromnego bogactwa zarówno w gatunkach zoologicznych, jak i botanicznych, przechadzając się salami muzeum, można z tym bogactwem w pełni się zapoznać. W pewnym momencie pomyślałem, że znalazłem się w świecie z „Gry o Tron”, moim oczom ukazała się bowiem duża czaszka smoka. No dobra, może nie smoka tylko dinozaura, który nazywał się Stygimoloch i żył w Ameryce Północnej.

Jeśli mielibyście już przesyt organizmów żywych, proponuję przejść do kolejnych sal prezentujących świat minerałów. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałem takiego bogactwa kolorów i kształtów jak tamtego dnia w Muzeum Historii Naturalnej.

Zbiory tej placówki są tak duże, że prezentuje ona zwiedzającym tylko co trzysetny posiadany eksponat. Ich jakość i autentyczność firmuje swoją renomą najstarszy berliński uniwersytet – Uniwersytet Humboldtów.

Po spędzeniu kilku godzin w świecie, który mnie oczarował wyszedłem na dwór. Przywitał mnie chłód i padająca z nieba drobna mżawka. Na szczęście do kolejnej tegodniowej atrakcji nie miałem daleko. Niestety nie będę mógł Wam pokazać wnętrz tego niezmiernie ciekawego muzeum, gdyż obowiązuje w nim bezwzględny zakaz wykonywania zdjęć. Nie ma się co jednak temu dziwić już w pierwszej sali zaprezentowane zostały w dużych słojach poszczególne ludzkie narządy, dodatkowo również te (a właściwie nawet w szczególności) zdeformowane lub zaatakowane różnymi chorobami. Na końcu pomieszczenia w szklanych pojemnikach znaleźć można nawet uszkodzone ludzkie płody.

Na kolejnych piętrach pokazano historię gabinetów lekarskich oraz ich wyposażenia.

Choć widok czasami przyprawia o gęsią skórę (może dlatego w Muzeum Historii Medycyny brak tłumów), to uważam, że jest to jedno z ciekawszych miejsc ekspozycyjnych, które odwiedziłem podczas moich podróży. Uwaga, aby móc zwiedzić to muzeum trzeba mieć ukończone 16 lat.

W tym miejscu zakończę relację z tego dnia, w kolejnym tekście kończącym już moją krótką obecność w Berlinie wrócę z Wami na Wyspę Muzeów.

6 uwag do wpisu “Dinozaury, kwadryga i megality

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s