Gdy Ares i Zeus stanęli na mojej drodze

Być w Atenach i nie oglądać antycznych budowli to trochę jak grzech, a choć jego pojęcie nie jest mi bynajmniej obce to jednak postanowiłem poszwendać się wśród ruin pozostałych po jednej z największych ziemskich cywilizacji.

Jak już wiecie z poprzedniego tekstu wstałem około 6:00 i cicho, aby nikogo nie obudzić wymknąłem się z hostelu. Na dworze dopiero świtało więc gdy dotarłem do ulicy Apostoła Pawła moim oczom ukazał się pięknie oświetlony wschodzącym słońcem Akropol, jeden z celów mojej tegodniowej podróży. Piękną scenę uwieczniłem na zdjęciu i ruszyłem dalej czujnie obserwowany przez czającego się w krzakach kota. Po prawej stronie minąłem miejsce, które zamierzałem odwiedzić później więc nie będę go teraz opisywał, a po przejściu ok. 100 metrów stanąłem przed uchyloną bramą, za którą rozpościerały się tereny zielone leżące u podnóża Akropolu. Niezatrzymywany przez nikogo zagłębiłem się w labirynt wydeptanych w trawie ścieżek i ruszyłem pod górę. Taki poranny spacer wśród „dzikiej” przyrody potrafi naładować baterie na cały dzień. Świeże, rześkie powietrze obmywało moją twarz, gdy w końcu stanąłem na górze, moim oczom ukazał się piękny widok na jeszcze śpiące, choć już powoli przecierające oczy Ateny.

Byłem na wzgórzu Aresa, greckiego boga wojny, który budził wśród starożytnych Greków wielki podziw i trwogę. To on był patronem bezwzględnej walki, wykorzystującej do zwycięstwa wszelkie środki, również te, jakbyśmy je dzisiaj nazwali, niezbyt humanitarne i honorowe. Szpiedzy, kaci, tyrani i bezwzględni dowódcy nieznający litości byli mu bardzo bliscy, to właśnie ich wziął pod swoje skrzydła ten bóg. Mieszkańcy Aten czcili go za to, że zrobił z nich niepokonanych wojowników mogących podbijać ówczesny świat. Gdy rozglądałem się wokoło w dole zobaczyłem świątynię wielkiego przeciwnika Aresa, boga/brata któremu olimpijski wojownik uwiódł żonę – Hefajstosa. Kiedy Ares za ten haniebny czyn został przegnany do Tracji, Grecy postanowili na jego wzgórzu wybudować miejsce obrad swoich najwyższych władz, od których wierzchołek ten nosi nazwę aż do dzisiaj – Areopag.

Na dół zszedłem już „po bożemu”, czyli schodami od strony alejki prowadzącej do jednego z wejść na Akropol. Było ono jeszcze oczywiście zamknięte, Grecy musieli wyspać się po wieczornym biesiadowaniu 😉 Spod cienia rzucanego przez okalające wzgórze drzewa wyszedłem na wysokości, prawie całkowicie zlewającego się z otaczającymi go domami kościoła świętej Zofii. Był on jednak niestety zamknięty. Tuż obok niego warto spojrzeć pod nogi, zobaczymy wtedy jakby wtopione w ulicę zarysy fundamentów budynku. I tak jest też w rzeczywistości w tym bowiem miejscu usytuowany był dom Proklosa, ateńskiego filozofa, urodzonego w Konstantynopolu, który przez prawie 50 lat zarządzał Szkołą Neoplatońską. Wywiązywał się z tego dość dobrze, a jak wiadomo czasy w których żył (V w. n.e.) nie sprzyjały temu, bo w Europie w siłę rosło już chrześcijaństwo. Gdyby zagłębić się w jego teorie to trzeba przyznać, że wcale nie były takie „głupie”, ot chociażby wierzył w to, że do źródła prawdy można dotrzeć trzema niezależnymi drogami: po pierwsze za pomocą rozumu, po drugie za pomocą wyobraźni i w końcu poprzez wiarę (miał na myśli jej mistyczne pojęcie prowadzące do zjednoczenia z wszechogarniającą nas energią Absolutu).

Idąc dalej minąłem kilka ciekawych kamieniczek i w końcu doszedłem do jednej z głównych ulic Aten, noszącej imię bardzo rzutkiego i prężnie działającego na rzecz rozwoju miasta bankiera Andreasa Syngrosa. Po drugiej stronie ruchliwej alei znajdował się kolejny cel mojego wypadu, ponoć największa ze znajdujących się w Atenach świątyń poświęcona ojcu bogów Zeusowi. Zanim jednak do niej się dostałem minąłem jeszcze, wznoszący się na wysokość ok. 18 metrów rzymski łuk triumfalny wzniesiony przez cesarza Hadriana, żyjącego na przełomie I i II wieku, a po śmierci uważanego za boga.

Świątynia Zeusa Olimpijskiego to dziś tylko promyk dawno przebrzmiałej chwały. Ze 104 kolumn, postawionych pomiędzy VI w. p.n.e., a II w. n.e. do dziś przetrwały jedynie nieliczne, a dokładnie 15 (może stało się tak za sprawą knowań zazdrosnej Hery). Jednak to wystarczy, aby przy odrobinie wyobraźni stworzyć sobie w głowie obraz tej niesamowitej budowli. Jeśli myślicie, że dumnie wznoszące się kolumny to jedyne co można tam zobaczyć to się mylicie. Na terenie objętym zwiedzaniem, można bowiem podziwiać ruiny kilku mniejszych zabudowań. Poza tym, pełno tu biegających kotów, kwitnących roślin i… obszczekujący wszystkich spory pies (według biletera ponoć niegroźny, ale za uchem nie dał się podrapać).

Spojrzałem na zegarek i stwierdziłem, że czas już coś zjeść w tym celu ruszyłem wąskimi uliczkami w kierunku Akropolu, mając nadzieję na znalezienie jakiejś małej restauracji, aby się pokrzepić. Okazało się jednak, jak to często ze mną bywa, że po drodze do „paśnika” wciąga mnie świat ciekawych miejsc. Spacerując pośród niewysokich domków natknąłem się na kościół św. Katarzyny, wybudowany w XI wieku i będący ponoć najstarszym przykładem bizantyjskiego planu krzyżowego w całych Atenach. Wnętrze budynku jest dość małe i ciemne, ale i tak robi spore wrażenie. A jako ciekawostkę powiem Wam, że znajdują się tam ponoć szczątki, aż 3 świętych: Tryfona, Athanassiosa z Persji oraz Polydorosa.

Kawałek dalej doszedłem do pomnika wzniesionego, aby upamiętnić zwycięstwo w IV w. p.n.e. chóru Lizykratesa (zresztą budowla nosi jego imię) podczas Wielkich Dionizjów, imprezy na cześć, jakże bliskiego nam wszystkim boga wina Dionizosa. Święta te trwały przez 5-6 dni, a podczas nich prezentowane były umiejętności chórów męskich i chłopięcych, wystawiane były komedie polityczne i tragedie, a wszystko przy strugach lejącego się do gardeł boskiego trunku.

Zrobiwszy zdjęcia, usiadłem przy jednym ze znajdujących się wzdłuż ulicy i skąpanych w słońcu stolikach pobliskiej restauracji o nazwie Eris i zamówiłem śniadanie. Nic wyszukanego: omlet z grzybami i serem, do tego frytki i sałatka, a do picia mrożona kawa i dodatkowo espresso doppio. Jeśli spytacie czy to tradycyjne greckie śniadanie to odpowiem Wam, że nie, bo Grecja i śniadanie to trochę tak jak dwa różne bieguny. Mieszkańcy tego kraju raczej nie jedzą śniadań w naszym rozumieniu, no chyba że za ten posiłek uważacie tylko mocną kawę.

Po naprawdę powolnym jak na mnie spożyciu posiłku ruszyłem pod górę wąską uliczką i już po kilkunastu metrach znalazłem się pod wejściem do kościoła Aghios Demetrios. Ta malutka wybudowana w 1600 roku i ukryta wśród niskich zabudowań świątynia prezentuje się wewnątrz ciekawie, niestety już od wejścia podążała za mną kobieta, która poinformowała mnie, że nie mogę robić zdjęć. Kawałek za kościołem wszedłem na otwarte podwórko gdzie na ścianach prezentowały się prace ulicznych malarzy, myślę, że jak na nie spojrzycie to przyznacie mi rację, że są ciekawe i dobrze wykonane. Jako że byłem już blisko Akropolu skierowałem się uliczką ciągnącą się wzdłuż okalającego go płotu do jednego z wejść. Zanim tam jednak dotarłem strzeliłem kilka fotek licznie zgromadzonym na ulicy kotom. Jeden z nich był nawet tak ospały, że leżąc na masce samochodu nie uciekł, gdy jego właściciel wsiadł do środka. Myślicie, że mężczyzna zareagował jakoś gwałtownie, otóż nie, poczekał spokojnie dość sporą chwilę, aż zwierzę raczy się usunąć.

O tym co widziałem na Akropolu, jak odwiedziłem na nim świątynię, którą często turyści pomijają i co zwiedziłem w dalszej części dnia dowiecie się już z następnego tekstu.

7 uwag do wpisu “Gdy Ares i Zeus stanęli na mojej drodze

  1. Zdjęcia piękne jak zwykle. Grecja jest mi bardzo bliska, więc z przyjemnością czytałam ten wpis. Antyczne budowle, nawet te, którym nie udało się przeżyć w zadowalającym stanie działają i na moją wyobraźnię, Takie miejsca mają własną atmosferę. Pozdrawiam 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  2. Gdy byłam w Atenach, to pamiętam, że już przed 6 rano budziły mnie hałasy z ulicy, nie pamiętam, czy to byli dostawcy do sklepów, czy może służby komunalne..?
    Akropol to było wtedy moje wielkie „łał!”, bo od zawsze chciałam pojechać do Grecji, a marzenie spełniło się dopiero w 1995 roku.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s