Ośmiorniczki z zamachem w tle

Ostatnie godziny w Atenach postanowiłem spędzić na odwiedzeniu jednego muzeum i powłóczeniu się gdzie mnie nogi poniosą. Trafiłem do miejsc, które przypomniały mi ataki terrorystyczne, bojkoty, oraz zgubny wpływ smogu na frekwencję zawodów sportowych. Jadłem też jeden z lepszych obiadów, po którym zastanawiałem się czy nie będę obiektem zainteresowania tajnych służb.

Gdy wyszedłem z Hellenic Motor Museum, które opisałem w poprzednim tekście, na niebie robiło się coraz bardziej szaro, a chmury zdawały się przepływać tuż nad dachami ateńskich kamienic. Wsiadłem więc w metro i powróciłem na plac Syntagma. Stąd już był rzut beretem do mieszczącego się w zdawałoby się niezbyt dużej kamienicy muzeum. Szczerze powiedziawszy gdybym nie wiedział, że znajduje się tam to pewnie ominąłbym je w pośpiesznym marszu.

Muzeum Benaki, biorąc pod uwagę wiele ateńskich miejsc historycznych jest stosunkowo młode (powstało w pierwszej połowie XX wieku), co jednakże nie oznacza, że jego kolekcja do takich należy. Zgromadzone eksponaty ukazują całą historię starożytną Grecji oraz Królestwa Bizancjum. Ponad połowa z nich pochodzi z prywatnych zbiorów założyciela Antonisa Benakisa, którego cała rodzina dbała o pokazanie tożsamości narodowej i historycznej Greków.

Spacerując wśród wystawionych w gablotach pamiątkach po minionych czasach można przenieść się w dawne wieki, a nawet millenia. Jest to o tyle łatwe, że poza „zwykłymi” artystycznymi eksponatami, znajdują się w tym muzeum również przedmioty codziennego użytku, stroje, które nosili ówcześni mieszkańcy, czy wręcz udostępnione są całe pomieszczenia umeblowane w stylu dawnych epok.

Po około dwóch godzinach zwiedzania zaczęło mi burczeć w brzuchu. Tym bardziej mocno, że z jednej z sal ekspozycyjnych wkroczyłem do muzealnej restauracji. Pomyślałem sobie, że skoro już dają coś zjeść to czemu nie skorzystać, tym bardziej, że za oknem duże krople deszczu dudniły o parapety. Usiadłem przy jednym ze stolików i otworzyłem menu. O ile kawa i coś chłodnego do picia było wyborem oczywistym to nad daniem obiadowym chwilę się zastanawiałem. W końcu wybrałem ośmiorniczki (mam nadzieję, że któregoś sennego poranka moje drzwi nie zostaną wyłamane przez służby specjalne i nie zostanę zgarnięty na dołek). Choć chwilę musiałem poczekać na posiłek to powiem Wam szczerze, że było warto, już pierwszy kęs zaprowadził mnie do raju bram. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, tym bardziej, ci którzy mnie znają doskonale o tym wiedzą, że niestety nie potrafię celebrować posiłków, można wręcz powiedzieć, że je pochłaniam.

Pokrzepiony ruszyłem dalej, jako że z nieba siąpił deszcz zarzuciłem lekką kurtkę z kapturem i skierowałem się przed siebie wzdłuż Irodou Attikou. Spacerowałem tak samo sennie jak padająca z nieba woda, a i tak po kilku chwilach znalazłem się przed miejscem na wskroś historycznym, liczącym sobie grubo ponad 2000 lat.

Gdy już dotarłem do wejścia, usłyszałem głosy kręcących się obok ludzi, którzy stwierdzili, że po co płacić 5 euro za wejście, skoro i tak doskonale wszystko widać przez płot. Ja postanowiłem jednak zagłębić rękę w kieszeni i udać się do kasy. Z doświadczenia wiem, że mimo iż jestem wzrokowcem, to jednak zawsze lepiej dotknąć, niż tylko sobie popatrzeć. I tak oto znalazłem się na dużym historycznym stadionie Panatenajskim.

Historia tego miejsca sięga IV wieku przed naszą erą. Gdy powstał służył uprawianiu sportów, przeważnie biegowych, ku czci bogini Ateny. Początkowo jego trybuny wybudowane były z drewna, ale już w 329 roku p.n.e. zostały pokryte marmurem. Około 200 lat później obiekt ten został rozbudowany do dzisiejszych rozmiarów, a są one dość pokaźne. Jego pojemność wynosi od 50 do 80 tysięcy widzów, czyli jest porównywalny wielkością do Stadionu Narodowego w Warszawie.

Na przeciwległym do wejścia końcu bieżni znajduje się tunel, którym kiedyś na płytę stadionu wchodzili sportowcy, a którym dzisiaj można dojść do niewielkiego muzeum, gromadzącego plakaty i znicze wielu nowożytnych igrzysk olimpijskich. Gdy tak spacerowałem pośród nich w mojej głowie zaczęły pojawiać się wspomnienia i obrazy z lat minionych. I uzmysłowiłem sobie, że wielkie zmagania sportowe często były tubą propagandową mającą na celu ukazanie siły politycznej.

I tak np. stojąc przed plakatem na którym widniała w tle głowa mężczyzny w wieńcu laurowym, a na froncie kwadryga, którą nie tak dawno widziałem w stolicy naszych zachodnich sąsiadów, przypomniało mi się, jak podczas organizowanej w 1936 roku w Berlinie olimpiady, rząd nazistowskich Niemiec prowadził działania propagandowe, jednocześnie bagatelizując rolę czarnoskórych sportowców, twierdząc że bliżej im do zwierząt z dżungli niż do cywilizowanych ludzi.

No dobrze, powiecie lata 30-te to w Europie przecież czas wzrostu nazizmu i po Hitlerze można się było tego spodziewać. Więc przenieśmy się do czasów już nam bliższych rok 1972 olimpiada w Monachium. Palestyńska organizacja Czarny Wrzesień bierze na zakładników 11 izraelskich sportowców, żądając uwolnienia prawie 300 zatrzymanych terrorystów. Kończy się to tragicznie, w wyniku nieudolnych działań niemieckiej policji wszyscy zakładnicy giną.

Żeby nie było, że jak coś się dzieje na olimpiadach to dzieje się w Niemczech, to przypomnę Wam jeszcze rok 1980. Igrzyska w Moskwie, które wiele państw „zachodnich” zbojkotowało w związku z działaniami zimnowojennymi. Polacy zrobić tego nie mogli, ale do historii przeszedł już gest naszego skoczka o tyczce Władysława Kozakiewicza. Po wygraniu konkurencji z radzieckim sportowcem skierował się on w kierunku trybuny honorowej i pokazał, jak by to ujęły dzieci, gdzie się zgina dziób pingwina.

Wielka polityka nie pozwoliła również na uczestniczenie w zmaganiach olimpijskich w 1984 roku w Los Angeles państwom z tzw. bloku wschodniego. Oczywiście głupio byłoby powiedzieć nie jedziemy do was bo wy nie byliście u nas, wymyślono więc, że władze sportowe krajów socjalistycznych boją się o zdrowie swoich zawodników, gdyż w USA jest bardzo duże stężenie… smogu.

No cóż polityka kształtuje wiele dziedzin życia. Po wyjściu z tego specyficznego muzeum wszedłem jeszcze na szczyt trybun. Widok był stamtąd bardzo fajny, tym bardziej, że greccy bogowie postanowili, że jednak mam nie spacerować w deszczu i powoli zaczęli rozpędzać chmury. Na koniec ruszyłem jeszcze wzdłuż bieżni w kierunku wyjścia ze stadionu kilka osób stanęło w kolejce do zrobienia sobie zdjęć na olimpijskim podium. Ja sobie odpuściłem, w końcu i tak wiem, że jestem Miszczu 😉

Gdy opuściłem największy na świecie stadion olimpijski wybudowany z białego marmuru postanowiłem ruszyć przez park w kierunku kolejnej ciekawej budowli, którą jest Zappeion. W drugiej połowie XIX wieku Grecy odzyskali niepodległość i chcieli jak najszybciej pokazać swoją niezależność, a jak to zrobić? Najlepszym rozwiązaniem było pokazanie starych tradycji antycznych, wśród których niewątpliwie jednym z najważniejszych elementów były igrzyska sportowe.

Jednym z największych propagatorów tego nurtu narodowościowego był Evangelis Zappa. To w szczególności dzięki jego staraniom w 1874 roku zaczęto budować dużą halę wystawienniczą, która w całości miała być poświęcona igrzyskom olimpijskim. Wokół tego projektu toczyło się jednak wiele sporów, kilka razy przerywano nawet prace budowlane. W końcu 14 lat po rozpoczęciu budowy nastąpiło otwarcie z wielką pompą budynku.

W późniejszych latach budynek wielokrotnie zmieniał przeznaczenie, począwszy od bycia „wioską olimpijską”, siedzibą radiostacji, magazynem i koszarami. Dzisiaj mieści się w nim Centrum Wystawowo-Kongresowe. Jeśli wam się uda to warto wejść do środka, wnętrza są bowiem piękne. Natomiast jeśli wolicie spacery wśród zieleni to na pewno spodoba się Wam otaczający budynek park, w którym poustawiano wiele ławek i to w części zielonej, a nie przy betonowych alejkach.

Wracając do hostelu po plecak minąłem jeszcze po drodze dwie ciekawie wyglądające świątynie. Pierwszą z nich był konsekrowany w 1843 roku anglikański kościół pod wezwaniem św. Pawła. Jego historia jest o tyle ciekawa, że był on pierwszym zagranicznym kościołem w Atenach. Niedaleko od niego znajduje się pochodzący z połowy XI wieku rosyjski kościół prawosławny, ze stojącą oddzielnie dzwonnicą. Niestety obie budowle były zamknięte, więc nie udało mi się zobaczyć ich, ponoć ciekawych wnętrz.

Gdy dotarłem do hostelu wziąłem prysznic i postanowiłem chwilę się zdrzemnąć przed moim nocnym powrotem do Polski. Pomny tego, że Grecy zaczęli tego dnia strajkować i chodziły słuchy o tym, że poza niektórymi muzeami, może też zacząć strajkować komunikacja miejska, doszedłem do wniosku, że na lotnisko wybiorę się ostatnim nocnym metrem, wolałem nie wydawać 54 euro na taksówkę.

Jedna uwaga do wpisu “Ośmiorniczki z zamachem w tle

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s