Droga, której nie widziałem

Kolejny dzień mojej podróży zaskoczył mnie rozpościerającą się wszędzie i wciskającą w każdą szczelinę ciała i jego otoczenia mazią, którą niektórzy nazywają mgłą. Niby zwiewna, ulotna, ale wprowadzająca napięcie i niepewność biała zawiesina oplatała wszystko wokół, gdy ruszaliśmy na najbardziej pokręconą rumuńską trasę.

Wybudowano ją na początku lat 70-tych XX-go wieku i początkowo miała służyć siłom zbrojnym Nicolae Ceausescu do szybkiego pokonywania najwyższych wzniesień rumuńskich Karpat i obrony państwa przed najazdem ze strony… Związku Radzieckiego. Zdziwieni? Ja byłem, gdy się o tym dowiedziałem. Jak się okazuje ten komunistyczny samozwańczy dyktator był dość mocno skonfliktowany z Leonidem Breżniewem i posunął się nawet do tego, że gdy wszystkie „bratnie” państwa wysyłały w 1968 roku swoje wojska do Czechosłowacji on odmówił wykonania tego moskiewskiego rozkazu.

Pokręcone niczym umysł wariata asfaltowe nitki Trasy Transfogaraskiej wiją się wśród Gór Fogaraskich, aby połączyć długim tunelem ich przeciwległe stoki. Ponoć widoki jakie się z nich rozpościerają potrafią rozkruszyć serca największych twardzieli i spowodować, że Ci zaczynają pałać miłością do tych stron. Mojego serca jednak nic nie rozkruszyło, bo… nic nie było widać.

Po dość długiej jeździe górskimi serpentynami zatrzymaliśmy się w końcu na prowizorycznym parkingu, leżącym nieopodal jeziora Balcea. Z nieukrywanym żalem wyszedłem rozprostować nogi i wtedy właśnie jak na zawołanie mgła zaczęła się lekko rozwiewać. Nie zastanawiałem się długo, tylko przyłożyłem wizjer do oka i oczarowany pięknem tego miejsca co rusz naciskałem spust migawki.

Żywe kolory zieleni, rozrzucone gdzieniegdzie skały i brudny nieroztopiony śnieg odbijały się w tafli jeziora tworząc obrazy niczym z dziecięcego kalejdoskopu. Przez dłuższą chwilę stałem oniemiały. Gdy obszedłem już spory kawałek tego zbiornika wodnego i znalazłem się przed drugim schroniskiem postanowiłem, że nie będę do niego wchodził na kawę, czy piwo, a ruszę chociaż kawałek pod górę. Wspinając się skalistą ścieżką zobaczyłem w oddali… parę młodą. Stali we mgle i pozowali fotografowi do sesji ślubnej. Widok był niezwykle romantyczny i ulotny, myślę, że spokojnie można by go nazwać bajkowym.

Podchodząc dalej, na jednej ze skał ujrzałem przymocowaną tablicę ku pamięci 23 osób, których 17 kwietnia 1977 roku zabrała lawina, wśród nich było aż 16 dzieci. Tragedia jaka wtedy ich spotkała została uznana za największą tego typu w dziejach Rumunii. Toczące się z wielką siłą zwały śniegu i lodu porwały wszystkich obecnych na stoku i kotłując, miażdżąc i rozrywając ich ciała wpadły do jeziora. Z całej grupy uczniów jaka przyjechała tam wtedy z nauczycielami przeżył tylko jeden. Co go uratowało? Gapiostwo, wychodząc na narty zapomniał gogli, po które musiał wrócić do schroniska.

I gdy tak tam stałem, przypomniała mi się inna tragedia, ta która miała miejsce 15 lat temu w Tatrach, gdy grupa licealistów z Tychów ruszyła z opiekunem zdobywać Rysy. Tam też natura zebrała mordercze żniwo.

Dlatego pamiętajcie, ruszając w wysokie góry bądźcie na nie przygotowani i spodziewajcie się niespodziewanego. Bo szczyty choć piękne, mogą być również bardzo niebezpieczne i zdradliwe.

Chwilę jeszcze się powłóczyłem, ale mgła zaczynała znowu nachodzić, Góry Fogaraskie mężnie broniły przede mną swojego uroku i niczym dziewczyna schowana za woalką nęciły i coraz bardziej rozbudzały moją ciekawość. Wiem, że jeszcze tam wrócę, ale wtedy był już najwyższy czas na kontynuowanie podróży.

Jako, że nocleg mieliśmy w Sybinie, średniej wielkości, ale dość ważnym mieście Siedmiogrodu, postanowiliśmy trochę poznać to miejsce. Może nie od razu całe, ale chociaż jego ciekawsze fragmenty. Na niebie ciężko i nisko wisiały ciemne chmury zwiastując zbliżający się deszcz.
Sybin został założony w drugiej połowie XII wieku, ale poważniejszy jego rozwój nastąpił dopiero dwa wieki później. Wtedy to został dużym ośrodkiem handlowym położonym przy dość ruchliwej trasie. Duża kasa dla jednych, bieda dla drugich spowodowały, że miasto podzieliło się na jakby dwie części. Tę ważniejszą bogatą leżącą na wzgórzu i biedniejszą, do której spływały nieczystości. My swoją podróż zaczęliśmy od góry. Na pierwszy rzut poszły stare mury obronne z basztami oraz stojące przy nich niezwykle urokliwe kamieniczki. Spacerując pośród piękna architektury dotarliśmy w końcu na Rynek zwany Dużym, przy którym ustawione są mocno zdobione budynki.

Nad wszystkim górują dwie wieże pierwsza z nich należy do kościoła farnego pw. Świętej Trójcy. Został on wybudowany w pierwszej połowie XVIII wieku przez jezuitów. A skoro powstał w tamtych czasach to pewnie się domyślacie, że prezentuje styl barokowy. W murach tych spoczywa Otto Ferdinand de Abensberg, feldmarszałek w armii austriackiej i głównodowodzący wojsk w Transylwanii, z czasów cesarzowej Austrii Marii Teresy.

Dosłownie po drugiej stronie kościoła wciśnięta w kamienice stoi zegarowa wieża bramna. Gdy pod nią przeszliśmy znaleźliśmy się na Małym Rynku. Oczy kobiet wędrowały po pięknie zdobionych kamienicach, natomiast mężczyźni zwrócili się w kierunku centralnej części placu, gdzie na wysypanym w tym celu piasku odbywał się mecz siatkówki plażowej drużyn damskich.

W tym miejscu zaczyna się podział miasta na górne i dolne My skręciliśmy w lewo i znaleźliśmy się na moście. Co niektórym pewnie zadrżały z wrażenia nogi w końcu był to… Most Kłamców. Jego żeliwna wersja powstała w XIX wieku i była pierwszą tego typu konstrukcją w Siedmiogrodzie. Wcześniej w miejscu tym można było przejść po niezbyt stabilnej delikatnej kładce. I to najprawdopodobniej z tego okresu pochodzi legenda mówiąca, że jeśli swoje nogi na tej suchej przeprawie postawi kłamca wszystko się zawali.

Jeśli Was przestraszyłem to teraz uspokoję, możecie spokojnie przechodzić po Moście Kłamców. Prawdomówność legendy sprawdził osobiście nie kto inny, jak wielki rumuński dyktator Nicolae Ceausescu, a jak się pewnie domyślacie kłamstwa nie były mu obce.

Kilkadziesiąt metrów po przekroczeniu mostu warto się rozglądać, w niewielkim zaułku znajduje się taras kawiarni, z którego można podziwiać panoramę dachów Dolnego Miasta (gwarantuję, że warto).

I tak spacerując stanęliśmy przed ewangelickim kościołem Najświętszej Marii Panny. Nie ma co ukrywać, ta wysoka, kamienna budowla ze strzelistymi wieżami robi duże wrażenie. Pochodzący z XIV wieku budynek ma też swoją symbolikę, a dokładnie jego wysoka wieża. Gdy na nią spojrzymy to zauważymy, że na jej czterech rogach znajdują się mniejsze wieżyczki. Znaczenie tego jest niezwykle ważne, wskazuje bowiem, że Sybin miał przywilej „prawa miecza”, a więc można tu było dokonywać kary śmierci.

Nie jest to jedyna historia związana z tą wieżą. Ponoć, gdy kościół był jeszcze w budowie jego twórcy postanowili, że dla sławy wybudują najwyższą dzwonnicę. Aby to uczynić udali się do Bystrzycy, której wieża dzierżyła wtedy palmę pierwszeństwa. Podstępnie za pomocą liny zmierzyli jej wysokość i uradowani postanowili odpocząć w gospodzie. Wybieg się nie udał, bo gdy zmorzeni alkoholem spali, mieszkańcy Bystrzycy odcięli kawałek liny.

Parę minut później byliśmy znowu na Dużym Rynku, gdzie stojąc przed najstarszym w Rumunii muzeum sztuki (Narodowe Muzeum Brukenthala) podjęliśmy decyzję, że część z nas zwiedzi jego wnętrza, a druga wyskoczy do znajdującego się na obrzeżach miasta Skansenu Wsi Rumuńskiej. Ja znalazłem się w tej drugiej grupie.

Gdy dotarliśmy na miejsce spojrzałem w niebo i stwierdziłem, że choć jest zachmurzone to nie będę brał niewygodnej kurtki. Czemu o tym piszę, bo przez tę decyzję, gdy kończyliśmy zwiedzać wyglądałem jakbym wyszedł w ciuchach z basenu pełnego wody. Uwieczniła to na swoim zdjęciu Zosia młoda adeptka sztuki fotografii.

Skansen Wsi Rumuńskiej powstał w 1963 roku i jest obecnie największą tego typu budowlą w Rumunii. W dużym parku postawione są różne rodzaje domów, zagród, warsztatów itp. budynków. Wszystkie pogrupowane są tematycznie, a więc można zobaczyć cały przekrój architektury, jaka panowała kiedyś na terenach dzisiejszej Rumunii (i uwaga w stojących tam cerkwiach, nie ma zakazu fotografowania).

Zwiedzanie zajęło nam kilka godzin, ja przed wyjściem do knajpki na obiad i regionalne piwo musiałem się przebrać w suche ciuchy, co szybko zrobiłem w hotelu i już mogliśmy cieszyć się rozmową w atmosferze wieczornego gwaru. Najedzeni przespacerowaliśmy się jeszcze po dolnym mieście, gdzie przyłączył się do nas spory, ale bardzo spokojny pies, którego zostawiliśmy przy jednej z knajpek, bo postanowił zakosztować życia nocnego. My grzecznie około północy poszliśmy spać, w końcu następny dzień zapowiadał się nie mniej pasjonująco.

6 uwag do wpisu “Droga, której nie widziałem

  1. Przepiękne zdjęcia. Niestety i ja pamiętam te wydarzenia z Tatr. Wśród znajomych też wydarzyła się zeszłej zimy tragedia. Nie wolno lekceważyć z gór. Dobrze, że o tym wspominasz.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s