Blady róż i nieumarły pies

Trzeci dzień mojej Rumuńskiej podróży to dzień kiedy pochłonął mnie mistycyzm, graniczący wprost z fantazją. Na mojej drodze wyłaniały się pełne skupienia i modlitwy klasztory oraz wąwozy okolone wysokimi skalnymi ścianami nad grzbietami, których bez problemu można było wyobrazić sobie latające baśniowe stwory.

Gdy w hotelu wstaliśmy rano i wyjrzeliśmy za okno dzień nie zapowiadał się kolorowo. Gęsty, deszcz, którego duże krople z zacięciem biły o znajdujący się pod oknami daszek zniechęcał do wszystkiego. Chwilę później było jeszcze gorzej podczas próby wyjścia z pokoju złamał się nam klucz więżąc nas wewnątrz małej wypełnionej w znacznej mierze przez łóżko klitki. Bogowie sprzysięgli się przeciw nam.

Jednak po chwili okazało się, że przysłowie o kole fortuny jest jak najbardziej prawdziwe. Pojawiła się bowiem sprzątaczka i otworzyła nam drzwi, z których uprzednio udało mi się wyciągnąć złamaną końcówkę. A gdy wyruszaliśmy po śniadaniu w drogę deszcz zelżał i mogliśmy podziwiać migający za oknem Przełom Czerwonej Wieży.

Jest to niezwykle malownicze miejsce usytuowane wzdłuż wijącej się wśród masywów Karpat rzeki Aluty, będącej dopływem Dunaju, która pokazała nam swoje brzydkie oblicze wykrzywione niedawnymi powodziami. Jej woda przybrała błotnisty kolor, a w wielu miejscach wyłaniały się z niej pryszcze niesionych prądem śmieci.

Okoliczne widoki mijały w szybkim tempie, aż w końcu dotarliśmy do pierwszego w tym dniu celu naszej podróży. Był nim umieszczony na liście światowego dziedzictwa UNESCO Monastyr w Horezu. Od parkingu trzeba było kawałek dojść, aby znaleźć się w obrębie murów klasztornych. Jednak, gdy już tam dotarliśmy oczy otworzyły się nam z wrażenia, a na twarzach zagościły karpiki.

Wzniesiona pod koniec XVII wieku świątynia robi piorunujące wrażenie. Już przedsionek cerkwi zachwyca kunsztem wykonania i feerią barw opisującą świat trochę mistycznych wizji religijnych. Nie ma się jednak co dziwić w XVIII wieku w klasztorze powstała szkoła malarstwa ściennego i ikonowego. Gdy tak staliśmy i przyglądaliśmy się opisanym, niczym w komiksie historiom (w cerkwiach się nie maluje, wszystkie obrazy to swojego rodzaju teksty), moją uwagę przykuł jeden element (możecie go zobaczyć na zdjęciach). Wśród spacerujących na szarym tle postaci ludzkich dzielnie hasały sobie…plemniki.

Pomyślałem, odbiło mi, może jednak to uderzenie w Maroko ma jakieś głębsze konsekwencje. Ale nie, pokazałem znajomym ścianę i ich wrażenia były dokładnie takie same. Wyjścia były dwa, albo ktoś rozpylił środki odurzające, albo nie zauważamy głębi przekazu za bardzo skupiając się na ziemskiej egzystencji.

Po chwili wszystko było już jasne, przewodnik poinformował nas, że prawdziwa jest opcja druga, a nasze plemniki okazały się być… duszami zmarłych.

Niestety nie mogę pokazać Wam na zdjęciach wnętrza cerkwi, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Fotografowanie w większości czynnych sakralnie obiektów jest surowo zakazane i dość mocno egzekwowane.

Dookoła cerkwi wznoszą się mury, które służą również jako mieszkania dla mniszek (kiedyś mnichów), warto się tam przespacerować, bo można zobaczyć chociażby jak wygląda jadalnia, cela lub co mniszki noszą pod habitem (spokojnie, wypatrzyłem tylko rozwieszone na sznurach pranie, no ale szczerze – blady róż jednak mnie zaskoczył).
Jest tam też pałac książęcy, nie ma się temu co dziwić w końcu fundatorem obiektu był władca o dość trudnym nazwisku Constantin Brancoveanu.

Gdy udałem się na tyły cerkwi zobaczyłem w murze niewielką furtkę, a że była uchylona to miałem okazję przez nią wejść i zobaczyć umieszczony na wzniesieniu cmentarz i kaplicę.

Spokój i piękno klasztoru Horezu powodowało, że chciałoby się pozostać tam na dłuższą chwilę niestety czas nas jednak gonił i pojechaliśmy dalej. Wcześniej jednak w pobliskim sklepie zakupiliśmy słynną na całą Rumunię, pięknie malowaną ceramikę, sygnowaną znakiem kogucika.

Po pewnym niezbyt długim czasie zawitaliśmy pod wielkie drewniane, niezwykle misternie zdobione drzwi. Pod nimi stał jeden z pierwszych żebrzących ludzi jakich spotkałem w Rumunii. A po chwili do naszych nóg tuliło się już stadko psów. Znajoma, która w tym właśnie celu specjalnie przywiozła z Polski wysokokaloryczną karmę zaczęła częstować czworonogi. Były zachwycone.

No dobra, ale nie dla psów tu przyjechaliśmy. Mieszczący się za bramą Monastyr Polovragi swoje początki datuje na pierwszą połowę XVI wieku, choć z tamtego okresu zostały do dziś już prawie niewidoczne ślady fundamentów. Wewnątrz warto zwrócić uwagę na znajdujące się na ścianach malowidła, gdyż zachowały się w niezmienionej formie od około ćwierćwiecza.

Cały teren wokół otaczają dość wysokie mury obronne, będące jednocześnie budynkami mieszkalnymi dla zakonnic. W jednej z części, trochę oddalonej od centralnie usytuowanej cerkwi znajduje się niewielki kościół, którego wnętrza udało mi się sfotografować i możecie podziwiać kunszt „pisarski” malarzy.

Po chwili zwiedzania tego kolejnego z wpisanych na listę UNESCO klasztorów wróciliśmy przed bramę, gdzie podszedł do mnie kudłaty czarno-biały pies. Nie wyróżniał się niczym od innych, które się tam kręciły, do momentu gdy podniósł na mnie swój wzrok. Wtedy to przeszły mnie ciarki. Patrzyłem w przeraźliwie zimne, błękitne i nienaturalne oczy. Oczy jakie widziałem tylko w jednym miejscu, był nim ekran telewizora. Jeśli jesteście fanami ekranizacji sagi stworzonej przez Georga R.R. Martina to wiecie o czym mówię. Jeśli nie, wpiszcie w google „gra o tron nieumarli” i przejdźcie do grafiki.

Czworonóg dał się wygłaskać i obfotografować, a gdy ruszyliśmy dalej podreptał za nami. Nie było się jednak co dziwić, przed nami rozpościerał się iście bajkowy krajobraz. W dole sunąca i lekko powarkująca rzeka rzeźbiła od wieków swoje koryto, wokół nas szumiały drzewa i wypiętrzały się na niebotyczne wysokości gołe spękane skały, niknące co rusz we mgle. Park Cheile Oltetului pokazywał nam swoje wnętrze, zanęcał widokami i przywoływał wszystkie tajemnicze stwory, o których słuchaliśmy w dzieciństwie bajki. W powietrzu wśród urwistych szczytów latały drapieżne smoki, za każdym zakrętem mógł czaić się wielki i obleśny ork lub troll. Drobne otwory w skałach świetnie nadawały się na domostwa krasnoludków, a w jaskiniach mógł czaić się bazyliszek. Tak, tak nie zwariowałem znaleźliśmy się na kartkach opowieści fantasy, zresztą spójrzcie sami.

Pokrzepieni spacerem odbytym w pięknych okolicznościach przyrody ruszyliśmy do kolejnego, ostatniego już w tym dniu celu naszej podróży. Był nim najstarszy z odwiedzanych tego dnia klasztorów. Cerkiew w Cozia wzniesiono bowiem już za panowania Mirczy Starego, a więc w drugiej połowie XIV wieku. Jeśli nic Wam to nazwisko nie mówi to wspomnę, że był on dziadkiem sławnego Vlada III Tepesa (Drakuli), który jest chyba drugim najbardziej rozpoznawalnym na świecie przedstawicielem ziemi rumuńskiej.

Malowidła naścienne we wnętrzach są już mocno przyciemnione. Ale co tu się dziwić, przecież przez całe wieki palono wewnątrz świece i kadzidła, z których unosił się dym osiadający na murach. Nie myślcie jednak, że nie ma tam z tego powodu po co zaglądać, bylibyście w dużym błędzie. Po wyjściu z cerkwi nie warto uciekać, a wprost trzeba zajrzeć do budynków przyklasztornych, mieści się w nich bowiem niewielkie, ale ciekawe muzeum, w którym zgromadzone są ikony, sprzęt liturgiczny, czy stare księgi. I znowu ten zakaz fotografowania, ale czego się nie robi dla wiernych czytelników 😉

Po zwiedzeniu muzeum postanowiliśmy coś zjeść, umówieni na wyjazd byliśmy za półtorej godziny więc stwierdziliśmy, że mamy luz i zamówiliśmy obiad. No tak, ale Rumunia rządzi się swoimi prawami. Nikt, a w szczególności kelnerzy się tam nie spieszy. Po głównym posiłku trzeba przecież dać klientowi czas na przetrawienie, zanim poda się deser. A rachunek, to dopiero jest wyzwanie. Prawie niewykonalne, gdy trzeba go jeszcze podzielić na kilka osób. No i po co mieć drobną gotówkę na wydawanie w kasie, przecież zawsze można skoczyć do pobliskiego sklepu i rozmienić pieniądze. Gdy po naprawdę ciężkich bojach wyszliśmy w końcu na zewnątrz okazało się, że jesteśmy spóźnieni ponad 20 minut.

Za tydzień napiszę Wam o moim największym rumuńskim rozczarowaniu, niesamowitym kocim zamku oraz o zwiedzaniu miasta, podczas którego tańczyłem w deszczu z małymi rumuńskimi dziećmi.

6 uwag do wpisu “Blady róż i nieumarły pies

  1. Piękne cerkwie, szczególnie wewnątrz 😉 (w kwestii zakazów moja Mama zawsze mówiła „jak nie wolno, to prędko” i ja sobie tą naukę przyswoiłam, dodatkowo jeśli chodzi o robienie zdjęć, to zdarzają mi się „strzały z biodra” lub korzystam z pomocy męża, który robi w tym czasie zamieszanie albo w jakiś sposób mnie kryje)

    Polubione przez 1 osoba

  2. Takie subiektywne oglądanie i ocena doznań są najcenniejsze, gdy czyta się sprawozdanie z pobytu w innym kraju, poparte w dodatku świetnymi zdjęciami.
    Serdecznie pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s