Karol i warowne kościoły

Po przebudzeniu w niewielkim hotelu pod Braszowem, postanowiliśmy spojrzeć na to miasto z góry, chwilę jeszcze je pozwiedzać i udać się w dalszą drogę, tym razem szlakiem warownych klasztorów.

Na platformę widokową, mieszczącą się na szczycie Mount Tampa, można dostać się w dwojaki sposób: na nogach lub korzystając z kolejki górskiej. My z powodu szybko uciekającego czasu wybraliśmy wariant drugi. Po kilku minutach jazdy zatrzymaliśmy się na zalesionym szczycie i ruszyliśmy mocno wydeptaną ścieżką w kierunku punktu widokowego. Po chwili naszym oczom ukazał się zapierający dech widok. Poczułem się jak ptak, który pierwszy raz wzbija się do lotu i oniemiałym wzrokiem ogląda otaczający go świat. U moich stóp rozciągało się morze dachów i kominów, a wszystko to w kolorze który bardzo lubię i który ociepla zawsze moje serce. Czerwień, a właściwie pomarańcz komponowała się pięknie z otaczającą miasto zielenią pokrywającą niewielkie wzgórza.

Miejsce, z którego mogłem podziwiać przepiękną panoramę miasta nie zawsze jednak było tak przyjaznym otoczeniem. No bo cóż pięknego może być chociażby w czterdziestu wbitych w ziemię palach, po których powoli zsuwają się ciała kupców, którzy raczyli sprzeciwić się Vladowi Tepesovi. Brrr, aż mnie ciarki przeszły gdy sobie to wyobraziłem.

Postanowiłem więc zlecieć z obłoków na ziemię i ruszyć w kierunku Czarnego Kościoła. Budowli wznoszonej przez prawie sto lat na przełomie XIV i XV wieku. Nie ma się jednak co dziwić, że prace trwały tak długo w końcu to największa budowla sakralna Rumunii. Nie jest to jednak jedyne „naj” tego miejsca, gdy wejdzie się do środka (uwaga, nie można tam robić zdjęć) naszym oczom ukażą się największe organy Siedmiogrodu (Transylwanii), które posiadają aż 3993 piszczałki.

Początkowo kościół ten nosił wezwanie św. Marii, jednak po pożarze, który miał miejsce w 1689 roku i który trawiąc wszystko wewnątrz mocno okopcił ściany, nazwano go Czarnym Kościołem i taka nazwa została do dziś.

Przed świątynią stoi dumnie pomnik człowieka o bardzo bogatym życiorysie, który między innymi zasłynął tym, że w pierwszej połowie XVI wieku otworzył w Braszowie pierwszą siedmiogrodzką drukarnię i uruchomił gimnazjum. Johannes Honterus znany był jednak nie tylko miejscowym ludziom. Dzięki swojej wytrwałości i pracy trafił również na polski dwór, gdzie został nauczycielem królewny Izabeli Jagiellonki, przyszłej królowej Węgier.

Spod Czarnego Kościoła ruszyliśmy w dalszą drogę, której celem była niewielka wieś o nazwie Prejmer. Do której na początku XIII wieku zawitali, dobrze znani Polakom panowie w białych płaszczach na których widniał duży czarny krzyż.

Krzyżacy postanowili wybudować tu ufortyfikowany kościół, co w sumie dobrze im się udało. Obwarowania mają grubość ponad czterech i pół i wysokość ponad dwunastu metrów. W znajdujących się w nich pomieszczeniach mogło pomieścić się około 270 rodzin. Plątanina korytarzy i galeryjek je łącząca jest naprawdę imponująca i można nią przedostać się w prawie każde miejsce twierdzy.

Centralną część placu zajmuje wybudowany na planie krzyża kościół. Jego wnętrza są dość surowe, ale i tak bije od nich moc i piękno. Nie trudno wyobrazić sobie dumnych rycerskich mnichów przemierzających te mury i proszących Boga o błogosławieństwo w walce z bezbożnikami.

Po zaopatrzeniu się w przykościelnych sklepikach w miejscowe specjały postanowiliśmy ruszyć dalej. Nim to jednak zrobiliśmy mój wzrok powędrował w górę i w duchu stwierdziłem, że wieś ta może wkrótce stać się pokaźnym miasteczkiem. Na każdym bowiem dachu znajdowało się bocianie gniazdo zamieszkane przez rodzinę tych „dzietnych” ptaków.

Kolejnym celem naszej tegodniowej podróży był klasztor w Viscri. Zanim jednak tam dotarliśmy, musieliśmy po drodze zatrzymać się aby zatankować. Gdy stanęliśmy na przydrożnej stacji benzynowej na pobliskim wzgórzu wypatrzyłem dużą warownię (prawdę powiedziawszy trudno było jej nie zauważyć). Czym prędzej poszedłem więc zrobić jej zdjęcia. Droga na mój „punkt obserwacyjny” wiodła przez czyjeś gospodarstwo, ale co tam szedłem pewnie, psami nikt mnie nie poszczuł. Gdy dotarłem na miejsce, pośród wdzierającego się w każdą część mojego nosa smrodu świeżo rozrzuconego obornika, wycelowałem obiektyw w Zamek Rupea.

Tę dużą cytadelę zajmującą powierzchnię prawie 11 hektarów wybudowano w pierwszej połowie XIV wieku, dla ochrony zamieszkujących te tereny mieszkańców. Zamek, a właściwie małe miasteczko zajmowane było przez setki mieszkańców, nigdy nie padło łupem wrogich wojsk. Nawet w połowie XVIII wieku kiedy dotarła tu armia turecka, dało odpór wrogim siłom. Po 2010 roku dzięki wsparciu programów rządowych nastąpiła renowacja podupadłych już murów i Rupea odzyskała swój dawny blask.

Po kilkudziesięciu minutach jazdy czymś co tylko z nazwy przypominało drogę asfaltową dotarliśmy w końcu na główną ulicę niewielkiej wsi o nazwie Viscri. Urzekła mnie zabudowa tego miejsca, małe domki postawione jeden koło drugiego mieniły się feerią barw. Każdy mimo podobieństwa architektonicznego był inny.

Kilka minut podejścia szeroką alejką i już staliśmy przed murami kolejnego tego dnia kościoła warownego. Swoje początki miejsce to datuje na XII wiek, choć później było wielokrotnie rozbudowywane. Białe mury obwarowań kościelnych są na tyle charakterystyczne, że to właśnie od nich wieś nosi swoją nazwę. Spacerując pośród cel/mieszkań znajdujących się w murach obronnych natrafiłem w niektórych z nich na małe muzea, w których można było poznać przedmioty codziennego użytku z minionych epok. Natomiast po wejściu na wieżę moim oczom ukazała się przepiękna panorama okolicy.

Po chwili kontemplacji ruszyłem na spacer uliczkami wsi, no dobra właściwie jedną z dwóch. Jako, że było dość ciepło wstąpiłem do sklepu i pod wpływem jakiegoś impulsu kupiłem herbatę mrożoną. Taką zwykłą z lodówki Liptona lub Nestle (teraz już nie pamiętam której firmy). Siadłem na ławeczce przed sklepem i popijając ją zastanawiałem się czemu pewien jegomość bacznie mi się przygląda. Spojrzałem na zegarek i mnie olśniło. Wskazówki wskazywały dokładnie 17:00. No dobra powiecie five o’clock to w Anglii a nie w Rumuni, facet nie kombinuj.

W zasadzie macie rację, choć w przypadku Viscri nie koniecznie. Otóż w 2006 roku do tej niewielkiej Rumuńskiej wsi zawitał niecodzienny gość, którym był nie kto inny jak brytyjski następca tronu książę Karol. Sielski spokój, piękna zabudowa i niesamowita atmosfera tak go zauroczyły, że nie zastanawiał się długo, tylko kupił jeden z domów, wraz z przynależącym do niego terenem. Postanowiłem ze znajomymi odnaleźć te zabudowania i uwiecznić je na zdjęciach. Jedyną wskazówką jaką mieliśmy było to, że fasada jest niebieska. Stwierdziliśmy, że damy radę w końcu każdy z domów miał inny kolor. Ruszyliśmy i już po kilku minutach zobaczyliśmy dom w błękicie. Ucieszyliśmy się i zaczęliśmy robić zdjęcia. Ach jaką piękną dokumentację dla Was będę miał pomyślałem. Naładowany energią z kartą wypełnioną zdjęciami ruszyłem w dalszą drogę. Jakież było moje zdziwienie, gdy w hotelu okazało się, że zrobiłem zdjęcia nie tego domu. Ten właściwy był jakieś 100 metrów dalej.

Jako, że zmierzaliśmy na nocleg do Sighisoary postanowiliśmy zawadzić jeszcze o jedno miejsce które mieliśmy po drodze. Niewielki otoczony murami kościół w Saschiz wpisany w 1993 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, że niestety już wszystko jest pozamykane. Na szczęście nieopodal kręcił się duchowny, który po chwili rozmowy i… datku na świątynię, uchylił nam na chwilę jej podwoje.

Nie wiem czy nie spodobało się to bogom, czy też przez chwilę nieuwagi, w pewnym momencie eksplorując wnętrza jedna z koleżanek zawadziła głową o belkę stropową. Po kilku sekundach po jej twarzy zaczęły spływać strugi krwi. Na szczęście kręciła się tam miejscowa kobieta, która szybko oczyściła ranę i zatamowała krew.

Po wyjściu przed mury rzuciliśmy jeszcze okiem na panoramę okolicy, gdzie wśród zieleni wzgórz majaczyły ruiny sporego zamku chłopskiego i ruszyliśmy na spoczynek.

Kolejny dzień miał być pełen atrakcji należało się więc przed nim dobrze wyspać. Uchylę Wam jedynie rąbka tajemnicy i powiem, że w następnym tekście dowiecie się jak wzorem dawnych pastorów luterańskich wygłaszałem płomienne kazanie z ambony.

3 uwagi do wpisu “Karol i warowne kościoły

  1. W krótkim czasie tyle przygód i niespodzianek – to możliwe pewnie tylko w Rumunii 😉
    Dobrze, że się koleżance nic groźniejszego nie stało, ale rozwalić głowę w kościele to sprawa niezwykła. No i ten Karol.. 😉

    Podobną historię z zamkniętą świątynią (wpisaną do listy UNESCO) mieliśmy w ubiegłym roku w Małujowicach – kościół św Jakuba z bezcennymi freskami. http://www.swjakub.info/ Jechaliśmy w Góry Sowie i po drodze chcieliśmy zobaczyć freski w Małujowicach. Przyjeżdżamy, kościół zamknięty… Równocześnie z nami przyjechała grupa kilkorga Niemców, jechali do Czech. Przypadkiem (???) miałam spisany jeszcze w domu numer tel. do przewodnika po tej świątyni, dodzwoniłam się do niego, po parunastu minutach przyjechał, otworzył kościół i nieco opowiedział o jego historii. Niemcy byli zachwyceni. Jeden z nich powiedział mi, że czasem ma się w życiu szczęście i to właśnie był szczęśliwy dzień, że mnie spotkali i dzięki temu mogli zobaczyć kościół również w środku. Oczywiście za niewielką opłatą, ale bez określenia, ile 😉

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s