Bukowina i błękitne oczy

Rumunia oczarowuje swoim pięknem, koi myśli i powoduje szybsze bicie serca. Kolejnego dnia mojej podróży po niej trafiliśmy do Suczawy – stolicy, a więc samego serca regionu Bukowina. Na tapetę poszła twierdza tronowa, ufortyfikowany monastyr oraz kilka kościołów i klasztorów. No i oczywiście dalej w skrytości ducha wzdychałem do wybranki mojego serca.

Rano, gdy tylko wstałem i się umyłem, ruszyłem do hotelowej restauracji, gdzie podawano naszej grupie śniadanie. Moje czujne oczy wędrowały od stolika do stolika, aż w końcu wypatrzyłem tę, którą przeznaczył mi Amor. „Jakie szczęście” pomyślałem, siedziała bowiem z moją koleżanką z pierwszej części rumuńskiego wyjazdu. Ruszyłem więc w ich kierunku i przedstawiłem się. Gdy jej ręka zagłębiła się w mojej, przeszły mnie ciarki, a gdy spojrzałem jej w oczy utonąłem w ich błękicie. Dobrze, że nie zapomniałem języka w gębie, bo wyglądałbym jak głupi parobek średniowiecznego szlachcica. „I.” dziękuję Ci jeszcze raz za dobre słowo i skuteczną promocję mojej skromnej osoby. Śniadanie nie trwa jednak wiecznie i Ona znowu mi uciekła.

Pierwszym punktem na trasie naszej rumuńskiej wycieczki w tym dniu był obwarowany monastyr z XV wieku, którego nazwa ma swoje polskie korzenie. Otóż w XVII wieku, kiedy to nasz król Jan III Sobieski wyruszył gromić Turków, postanowił założyć obóz właśnie w tym miejscu. Jako, że jego wojska stacjonowały tam przez kilka lat to cały teren wokół został ufortyfikowany i wyglądał niczym zamek. I to właśnie od tej polskiej nazwy pochodzi obecna – Monastyr Zamca.

Centralną część monastyru zajmuje, wyglądająca z zewnątrz dość ubogo, cerkiew pod wezwaniem św. Auksentego. Wybudowano ją w pierwszej połowie XV wieku, choć od tego czasu już zdążyła oczywiście być przebudowana. Miało to miejsce w XVI wieku i wtedy też powstały zewnętrzne mury, brama wjazdowa i budynek mieszkalny. To właśnie przez ten ostatni można dzisiaj wchodzić na podwórzec. Co więcej warto też zwrócić uwagę na mieszczące się w nim niepozorne kamienne schody prowadzące na piętro. Po wejściu, wraz z nieliczną grupą, na górę odkryliśmy prawdziwe skarby: dzwon, piękne malowidła na ścianach i bardzo ciekawe zwieńczenie od wewnątrz wieży.

Kolejną atrakcję zwiedziliśmy wyłącznie od zewnątrz. Była nią będąca zagospodarowaną ruiną wielka twierdza, zwana tronową. Gdy jednak dotarliśmy do jej stóp to nie ona jako pierwsza zwróciła naszą uwagę, a stojące nieopodal niej jajko, a właściwie pisanka. Dobra, dobra uspokoję Was, nie rzuciło mi się na mózg od nadmiaru wrażeń. Jajko jest prawdziwe, ma ponad 7 metrów wysokości i ponad 4 szerokości, a jego waga wynosi 1800 kg. Całe szczęście, że jest to wyrób ludzkich rąk, a nie macica dla jakiegoś dinozaura, aż strach pomyśleć, co mogłoby się wykluć z takiej pisanki.

No, ale powróćmy do twierdzy. Dziś strzegł jej duży pies, którego oczy mówiły, przechodźcie szybciej i nie zasłaniajcie mi światła. Kiedyś jednak była to warownia, która po rozbudowie dokonanej przez Stefana Wielkiego w XV wieku, była przez wiele lat niezdobyta. Nie dali jej rady Węgrzy, Polacy, a nawet Imperium Osmańskie, które uchodziło wtedy za potęgę. Niestety XVI, a później XVII wiek to dwa wielkie pożary, które całkowicie strawiły zamek. Potem przez trzy wieki pozostawał kompletną ruiną i dopiero w XX wieku zaczęto prowadzić prace mające na celu jego częściowe odrestaurowanie.

Tuż w pobliżu twierdzy znajduje się Muzeum Wsi Bukowińskiej, my z powodu braku czasu minęliśmy je jednak i ruszyliśmy przez las w kierunku pomnika Stefana Wielkiego (najznamienitszego władcy tych rejonów), przez prowadzone u podnóża prace remontowe niewiele jednak zobaczyliśmy. Poszliśmy więc dalej i już po chwili marszu byliśmy przed chyba najbardziej znanym w Suczawie monastyrem, który nosi wezwanie Jana Nowego, największego świętego mołdawskiego. Człowiek ten, będąc w Białogrodzie nad Dniestrem, za odmowę rezygnacji z wiary chrześcijańskiej, był wleczony za koniem, a następnie bogobojny żyd obciął mu głowę. Dziś jego szczątki spoczywają w miejscowej cerkwi św. Jerzego.

Nawet jeśli nie jesteście gorącymi wyznawcami prawosławia i nie pielgrzymujecie do miejsc kultu tej wiary, to warto wstąpić w te progi. Na pewno zachwycą Was malowidła, a spokój tych murów ukoi wasze skołatane serca. Piękne, kolorowe freski na ścianach przedstawiające religijne sceny zostały docenione nawet przez międzynarodowe komisje i wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Po opuszczeniu klasztoru ruszyliśmy dalej. Niebawem mogliśmy podziwiać z dołu pięknie zalesione wzgórze, z którego przed chwilą zeszliśmy. Na jego szczycie królowała, unosząca zdawałoby się wśród zwieńczeń drzew ogromna figura przedstawiająca Stefana Wielkiego jadącego dumnie na koniu. Był to ten sam pomnik, do którego jeszcze nie tak dawno nie mogliśmy podejść.

Chwilę potem stanęliśmy przed niepozornym budynkiem, który gdybym był tam sam, pewnie minąłbym bez zwracania na niego najmniejszej uwagi. Dopiero słowa przewodnika spowodowały, że spojrzałem na umieszczoną na nim tablicę. Napisane było na niej „Uniunea Polonezilor Din Romania Dom Polski Suceava”. Suczawa poza tym, że jest stolicą Bukowiny, jest też centrum działań organizacji polonijnych na terenie Rumunii. W całym województwie działa ich aż 11, co biorąc pod uwagę to, iż na terenie całego kraju jest ich 15, daje znaczącą większość. Początki Domu Polskiego w tym mieście sięgają przełomu XIX i XX wieku, kiedy to postanowiono o jego budowie, a pieniądze na ten cel zbierano dzięki datkom z zakupu „cegiełek”. Aby je uatrakcyjnić pisano na nich krótkie wierszyki, chociażby takie jak te: „Dom polski w Suczawie to polska stanica, chętnie niech da na nią Twa bratnia prawica”, „Niechaj ci się ofiara zbyteczną nie wyda, może kiedyć nasz Dom ten i Tobie się przyda”, czy też „Nie sądź iż dając mało, lepiej nie dać wcale; grosz wdowi – wszak był jeden – a przeważył szalę”. Działalność polonijna przetrwała burzliwy okres pierwszej i drugiej wojny światowej. Dopiero dojście komunistów do władzy spowodowało, że w 1953 roku zaprzestano jakichkolwiek akcji polonizacyjnych. Taka sytuacja trwała do 1990/91 roku, kiedy to wznowiono aktywność środowisk narodowych.

Dosłownie kilka kroków od Domu Polskiego wznosi się kościół katolicki pod wezwaniem św. Jana Nepomucena. Został on wybudowany w pierwszej połowie XIX wieku i od tego też czasu silnie związany jest z Polakami przebywającymi w mieście. Co 2 tygodnie odbywają się w nim msze święte odprawiane po Polsku. Wnętrza, choć w porównaniu do bogato zdobionych cerkwi wydają się surowe, to jednak nie brak im uroku. Gdy weszliśmy do środka przewodnik zwrócił nam uwagę na malowidło umieszczone na sklepieniu, przedstawiało ono śmierć świętego, jaką poniósł wrzucony do Wełtawy. Mnie osobiście spodobało się jeszcze jedno miejsce w tym przybytku – konfesjonał. Oj tak lubię wysłuchiwać historii innych ludzi i lubię też mówić im co o nich myślę, ale tym razem chodziło o jego budowę. Składał się on bowiem z dwóch szczelnie zamykanych pomieszczeń, z których płynącej rozmowy nie mogą podsłuchiwać wierni zgromadzeni w kościele.

Po przejściu niezbyt długiego odcinka trafiliśmy do ostatniej atrakcji, którą mieliśmy przewidzianą na ten dzień w Suczawie. Była nią cerkiew Demetriusza (Dymitra). Powstała w pierwszej połowie XVI wieku i jest drugą po świątyni Jana Nowego budowlą, w której zachowały się jeszcze fragmenty oryginalnych zewnętrznych malowideł. Wnętrza też robią spore wrażenie i choć nie można robić w niej zdjęć postarałem się, żebyście jednak trochę zobaczyli. Przed cerkwią wznosi się wysoka dzwonnica przyciągająca wzrok, każdej przechodzącej tam osoby.

W końcu nadszedł czas na chwilę przerwy w zwiedzaniu. Tę godzinę postanowiliśmy ze znajomymi spędzić na mrożonej kawie. Miałem nadzieję, że dołączy do nas również moja blondwłosa piękność. Niestety koleżanka, która miała ją zaprosić zagapiła się i już było po ptakach. Ech, jaki ja byłem wtedy zawiedziony, no ale cóż miałem jeszcze trochę czasu do końca wyjazdu 😉

Po przerwie wsiedliśmy do autobusu i ruszyliśmy w kierunku klasztoru Neamt, który jest jednym z najstarszych monastyrów w Rumunii. Został wybudowany na samym początku XIV wieku i był już wtedy jednym z ważniejszych ośrodków kultu religijnego. Swoją wysoką pozycję zyskał dzięki dużemu bibliotecznemu zbiorowi woluminów oraz bardzo dobrej pracowni ikon (które zresztą do dzisiaj uchodzą za jedne z największych i najcenniejszych w Rumunii). Okres jego prosperity trwał przez wiele lat, aż nastał wiek XVII i XVIII, które przyniosły schyłek świetności klasztoru. Tak było do XIX wieku, gdy odrodził się on za sprawą powstałej w nim drukarni. W centralnej części monastyru stoi cerkiew Wniebowstąpienia Pańskiego wybudowana w XV wieku. Nie jest to jedyny budynek sakralny w tym miejscu, bowiem schowana w okalających monastyr murach została druga cerkiew nosząca wezwanie św. Jerzego.

Poza pięknem budowlanym, moją uwagę zwrócili mieszkający i przemieszczający się po klasztorze brodaci mnisi. Swoim wyglądem i skromnością od nich bijącą dodawali temu miejscu jakby niewidzialnego ducha, uruchamiali mistyczne postrzeganie i wprowadzali niezwykły spokój.

Z Neamt udaliśmy się do kolejnego znaczącego klasztoru położonego stosunkowo niedaleko. Znajduje się on w mieście Agapia. Początkowo był klasztorem męskim, jednak na początku XIX wieku został przekształcony na monastyr żeński. Zmiana ta wyszła mu na dobre. Niedługo po wprowadzeniu się sióstr, sprowadziły one znanego malarza Nicolae Gregorescu. Facet choć młody miał wielki talent i korzystając z żywych modeli stworzył na ścianach cerkwi przepiękne malowidła. Pisał też cudowne ikony. Tak, dobrze widzicie, pisał nie malował, bo ikona nie jest obrazem a słowem. Przez kolejne wieki siostrzyczki zadbały o to miejsce i stworzyły istny raj, jakże odmienny od tego surowego – męskiego. Wszędzie pełno kolorów, kwitnących kwiatów i co akurat wspólne – wszechogarniający spokój. Obecnie w murach klasztornych żyje około 500 kobiet, czego nie widać gdy zwiedza się to miejsce. Znajduje się też tam dobrze utrzymane i znane muzeum ikon, które warto zobaczyć.

Po powrocie do hotelu umówiliśmy się z ludźmi na późny obiad, a może nawet kolację. Ruszyliśmy w około 10 osób i znaleźliśmy fajną knajpkę ze stolikami na tarasie. Anielica też tam była i co więcej usiadła naprzeciwko mnie. Och, jak ja dziękowałem wszystkim bogom. Potem krótka wizyta na placu gdzie dość fajnie grała jakaś kapela. Dobrze się gadało, a nasze oczy jakby częściej się krzyżowały, świat zaczął wydawać się piękniejszy.

Kolejnego dnia wybraliśmy się na dalsze poznawanie Bukowiny. Zwiedzaliśmy kopalnię soli, zakład garncarski i ciekawe cerkwie. W następnym tekście opowiem Wam też o sanktuarium maryjnym i „polskiej” wsi. Dowiecie się również czemu prawie biegłem po kopalnianych schodach i czemu polubiłem pewną kozę.

9 uwag do wpisu “Bukowina i błękitne oczy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s