Brat i Siostra w Górach Rodniańskich

Codziennie przez ostatnie kilka dni zwiedzaliśmy różne miasta i wsie prezentujące najróżniejsze zabytki architektoniczne. I choć było to bardzo ciekawe, przyszedł czas, aby trochę odpocząć od cywilizacji, a gdzie to najlepiej zrobić? Dla mnie odpowiedź na to pytanie jest oczywista – wyjście na łono natury.

Gdy wstaliśmy i zjedliśmy już poranny posiłek ruszyliśmy w kierunku podnóża Gór Rodniańskich. Aby dostać się na początek naszego szlaku musieliśmy dojechać na znaczną wysokość. A jak to zrobić? Najlepiej skorzystać było z niknącego we mgle wyciągu krzesełkowego. Stojąc w kolejce usłyszałem rozmowę dziewczyn, wśród których była i Błękitnooka. „Mam mały lęk wysokości” dotarło do mnie, „Trochę się boję”. Cudowna okazja pomyślałem, przepchnąłem się i już z pewnej odległości zawołałem „Mogę z Tobą jechać na górę”. Niestety „Moja Wybranka” postanowiła zignorować tę propozycję i udawała, że jej nie usłyszała. Całe szczęście, że tuż koło niej znalazła się niezastąpiona „I.” i od razu załapała o co chodzi. „Błękitnooka, Mikołaj może z Tobą pojechać, przy nim będziesz się czuła bezpiecznie” i tak znowu dzięki wsparciu „I.” nasze drogi się zeszły. Jadąc na górę rozmawialiśmy, choć właściwie to ja więcej mówiłem, a że ponoć mam dobrą gadkę to dziewczyna nie odczuła ani krzty strachu. Gdy już znaleźliśmy się na górze, nasze relacje jakby trochę mocniej się zacieśniły.

Ruszyliśmy na szlak i właśnie podczas tej wędrówki, kiedy z mgły wyłaniały się kolejne wzniesienia, i gdy moja rozmowa z Błękitnooką nabierała tempa, świat przykryły chmury burzowe. W tych pięknych okolicznościach przyrody padło bowiem jedno zdanie, które spowodowało, że krew w moich żyłach ścięła się, a mój mózg na chwilę zamarł. „Wiesz, dobrze mi się z Tobą rozmawia, ale nie wyobrażaj sobie za dużo, myślę że możemy traktować się jak… brat i siostra”. Co było robić, po wzięciu głębokiego oddechu wydukałem „Jasne, pewnie – brat i siostra”.

Po tych zapewnieniach ruszyliśmy dalej poznawać Góry Rodniańskie. A jest to bardzo ciekawe pasmo, które z powodu swojej budowy nazywane jest nawet Alpami. Jego wysokość przekracza miejscami 2000 metrów. Początkowo wędrowaliśmy zalesionymi szerokimi ścieżkami, przy których rosły wysokie drzewa, przeważnie iglaste, pod którymi co jakiś czas widzieliśmy duże grzyby.

Po pewnym czasie las się skończył i wyszliśmy na połoniny. Z białej, niczym mleko, mgły wyłaniały się piękne połacie mocno zielonej, soczystej trawy. Co jakiś czas słychać było rżenie i stuk kopyt, pasących się koni, które nie były w żaden sposób ograniczone i swobodnie poruszały się po łąkach.

Kawałek dalej droga znowu zaczęła się wznosić, tym razem jednak łagodniej, a ścieżkę zagrodziło nam poruszające się powoli stado krów. Najbardziej urzekały młode cielaczki, które mucząc wzywały swoje matki. Z tego miejsca zostało już niedaleko do celu naszej wędrówki. Było nim niewielkie, cudownie położone wśród szczytów jezioro górskie, z czystą i gładką niczym szkło taflą wody. Po chwili odpoczynku w tym raju zaczęliśmy wracać, musieliśmy jeszcze przejechać do miejsca naszego noclegu, które było położone dość daleko.

Aby nie było nudno, w kierunku autobusu ruszyliśmy inną drogą. Prowadziła ona znowu wśród wszechogarniającej zieleni, którą co jakiś czas przecinały spływające z góry niewielkie, wartko płynące strumienie. Po kilkudziesięciu minutach marszu na naszej drodze stanął człowiek ubrany jak miejscowy mieszkaniec gór. W jego ręce widzieliśmy duży kij, na którym się wspierał. Okazało się, że jest to pasterz wypasający owce. No dobra, tylko gdzie one są pomyśleliśmy i nagle gdzieś z dołu dobiegło beczenie, a po chwili, ze zdawało by się nie do przejścia, głębokiej przepaści, zaczęły pokazywać się owcze głowy. Pasterz chętnie zapozował do zdjęcia, więc możecie podziwiać go poniżej.

Kawałek dalej trafiliśmy na kolejny cud natury, był nim spływający z wysokiej, prawie pionowej skały potok, a chyba można nawet powiedzieć wodospad, który kończył się dosłownie pod naszymi nogami. Stąd mieliśmy już tylko rzut beretem do miejsca, z którego zabrał nas autobus, którym ruszyliśmy w dalszą drogę.

Kolejnego dnia mieliśmy zaplanowaną jeszcze jedną wyprawę w góry i zwiedzanie pięknego i bardzo ciekawego skansenu wsi rumuńskiej. A co z Błękitnooką? No cóż, chodząc po górach coraz lepiej nam się gadało. A „siostrzane/braterskie” uczucia? Dowiecie się z kolejnego tekstu, który już za tydzień.

6 uwag do wpisu “Brat i Siostra w Górach Rodniańskich

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s