Klasztor i golas na wzgórzu

Kolejny dzień zwiedzania Bałkanów przeznaczyliśmy na stolicę Serbii – Belgrad, oraz słynny klasztor Manasija w Despotovac. Oba miejsca leżą dość blisko siebie, więc mieliśmy nadzieję uszczknąć z tego tortu spory kawałek.

Gdy dojechaliśmy do centrum Belgradu, okazało się, że w stolicy Serbii trudno zaparkować duży samochód. Sporo czasu straciliśmy więc na szukanie odpowiedniego miejsca parkingowego. W końcu nam się to udało i mogliśmy zacząć przyspieszoną eksplorację miasta.

Jako, że najbliżej mieliśmy do cerkwi katedralnej św. Michała, to właśnie ona poszła na pierwszy ogień. Ten najważniejszy prawosławny kościół w Serbii zakończono budować w 1840 roku. I choć może z zewnątrz nie robi oszołamiającego wrażenia, to jego wnętrza przedstawiają się pięknie i warto tam zajrzeć.

Tuż obok niego wznosi się budynek Patriarchatu Serbskiego Kościoła Ortodoksyjnego, czyli coś w rodzaju arcybiskupstwa. Obecnie zwierzchnikiem tej instytucji jest Ireneusz, który nosi tytuł „Jego Świątobliwość arcybiskup Peci, metropolita belgradzko-karłowicki, patriarcha serbski”. Masakrycznie długie i cieszę się, że to nie ja muszę się tak przedstawiać.

Sama kamienica patriarchatu jest ciekawie zdobiona i choć na chwilę można rzucić na nią okiem w dalszym marszu, co też i my uczyniliśmy. Naszym, a i wielu innych turystów, głównym celem była jednak twierdza belgradzka. Aby do niej dotrzeć, musieliśmy przejść kilkoma malowniczymi uliczkami.

Po chwili stanęliśmy pośród drzew parkowych, wśród których porozstawiano stragany z najróżniejszymi pamiątkami. Już wiedzieliśmy, że jesteśmy na dobrej drodze. Zobaczyliśmy pod murami stado dinozaurów. Całe szczęście, że okazały się tylko makietami, bo nie chciałbym skończyć w brzuchu T-Rexa. Jeszcze tylko kilka kroków i przekroczyliśmy ogromne XVIII-to wieczne wierzeje. Powiecie, eee to ta twierdza wcale taka stara nie jest. I tu strasznie byście się pomylili, ponieważ pierwsze obwarowania stały tam już za czasów dzielnych Celtów, po których schedę przejęli Rzymianie. Pierwszą nazwą tego miejsca było Kalemegdan i nawet do dzisiaj często jest ona używana, zarówno przez miejscowych, jak i przewodniki turystyczne.

Tuż za bramą pomiędzy kolejnymi ufortyfikowanymi murami stworzono ciekawą wystawę dużego sprzętu wojskowego. Były tam czołgi, działa oraz wyrzutnie rakiet, z różnych okresów historycznych. Chwilę się koło nich powłóczyliśmy i poszliśmy dalej do kolejnej prowadzącej w głąb bramy.

Spacerując dalej pośród pokrywającej wzgórze obronne zieleni, doszliśmy w końcu do niewielkiego budynku o kształcie ośmioboku. Był to jeden z niewielu zabytków sztuki islamskiej w Belgradzie. Mauzoleum Damad Ali Pasha zostało wybudowane w 1784 roku, na miejscu pochówku belgradzkiego wodza Ismeta Mehmeda Pashy. W latach późniejszych wstawiono do niego jeszcze dwie trumny Selima Pashy i Hasana Pashy, kolejnych dowódców twierdzy. Przez niektóre okienka można zajrzeć do środka, co też zrobiłem i wykonać dość dobrą fotkę.

Po chwili zadumy nad ulotnością życia ludzkiego poszliśmy w kierunku rozpościerającego się nieopodal dużego placu wyłożonego płytkami chodnikowymi. Jego centralnym punktem jest wysoka kolumna, na której zwieńczeniu stoi mężczyzna z sokołem w jednej ręce i mieczem w drugiej. Jako że zaszliśmy go od tyłu, mogliśmy podziwiać mocno ukształtowane pośladki wznoszące się ponad nami. Renia postanowiła sprawdzić, czy inne części budowy anatomicznej odwzorowano równie skrupulatnie. Efekt jej dociekań możecie oglądać na jednym ze zdjęć zamieszczonych poniżej.

No dobra, a kim jest ten jegomość, spytacie. To facet symbolizujący zmagania wojny i pokoju (ot taka belgradzka Atena). Pomnik został wybudowany dla uczczenia zwycięstwa Serbii nad Imperium Osmańskim i Austro-Węgrami podczas I wojny światowej. Jego twórcą był znany rzeźbiarz Ivan Mestrović.

Spod stóp pomnika można podziwiać chyba najlepszą panoramę stolicy Serbii i rozciągniętego, i z tej odległości, zdawałoby się, sennie płynącego Dunaju. Dlatego też co chwila słychać tam strzały z fotograficznych migawek, a czasami nawet widać błysk flesza. Gdy tak sobie i ja strzelałem, zobaczyłem Japończyka, który zamiast robić zdjęcia krajobrazu, co rusz kierował obiektyw na moją dziewczynę i jej koleżanki. Postanowiłem, że nie będę dłużny i specjalnie wszedłem mu w kadr, i wycelowałem swój obiektyw w niego. Poczułem się wtedy prawie jak rewolwerowiec z Dzikiego Zachodu stający w obronie swojej damy. Japończyk speszył się i szybko oddalił się do swoich współtowarzyszy, a honor naszych dziewczyn został uratowany 😉

Spacerując dalej, mogliśmy podziwiać jeszcze kilka rozstawionych na trawnikach pośród drzew rzeźb, z których jednak większość nie przemawiała do mnie.

Gdy spojrzeliśmy na zegarek, okazało się, że musimy się pospieszyć. Opuściliśmy więc tereny belgradzkiej twierdzy i udaliśmy się do centrum artystycznego. A więc na ulicę Skadarską. To niewielka, ale bardzo ciekawa uliczka, wzdłuż której swoje prace prezentują najróżniejsi artyści. Tam również mieści się sporo klimatycznych restauracji i kawiarni, w których można zatrzymać się na posiłek lub wypić kawę. Po chwili dla paparazzi, wróciliśmy jednak kawałek i w poleconym nam przez miejscowego barze skonsumowaliśmy… hamburgery. Były naprawdę dobre i pożywne.

Po posiłku ruszyliśmy w kierunku miejscowości Despotovac, gdzie mieści się pochodzący z początków XV wieku klasztor/kościół Manasija. Już od początku swojej działalności stał się on znaczącym w regionie centrum edukacyjnym. Wzmianki o nim można odnaleźć w licznych rękopisach z tamtych i późniejszych lat.

Świątynie okalają wysokie mury obronne mające chronić mieszkańców przed najeźdźcami. Początkowo w zamyśle twórcy Despota Stefana miejsce to miało służyć jako jego mauzoleum, potem jednak przerodziło się w ośrodek klasztorno-edukacyjny.

Po przekroczeniu murów człowieka ogarnia cisza i trochę niepokojący spokój. Można spacerować po alejkach dziedzińca wśród bujnie rosnących tam traw. Miejsce to doskonale nadaje się również na plener fotograficzny, co postanowiliśmy wykorzystać i zrobiliśmy sobie małą prywatną sesję zdjęciową. Następnie ruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem już na nocleg.

Kolejnego dnia mieliśmy zamiar powłóczyć się po kolejnych serbskich miejscowościach. Między innymi dotarliśmy do takich jak: Studenica, Novi Pazar czy Mileseva. Relację z nich znajdziecie w kolejnym tekście, który ukaże się za tydzień.

2 uwagi do wpisu “Klasztor i golas na wzgórzu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s