Górski chill out

Czarnogóra jest stosunkowo niewielkim i dość młodym krajem, więc trudno tu mówić o jej wielkiej i odległej historii. Nie oznacza to jednak, że nie ma co tam zwiedzać, ani co zobaczyć. Jest wprost przeciwnie. Małe miasteczka, duże twierdze, piękne plaże i niesamowite góry. To właśnie od plenerów zaczęliśmy zwiedzanie tego kraju.

Po sytym śniadaniu, które było zaplanowane na wczesne godziny poranne (w końcu mieliśmy tego dnia zrobić sobie górski spacerek), wsiedliśmy do naszego środka transportu i udaliśmy się do pierwszego z obranych celów. Był nim największy naturalny skarb Czarnogóry. Kanion rzeki Tary robi niesamowite wrażenie i jest jak dla nas obowiązkowym punktem poznawania tego kraju. Rozciąga się na długości około 80 kilometrów, a jego wysokość w najwyższych miejscach dochodzi do prawie 1300 metrów. Wartki, niczym nie skażony nurt wijącej się rzeki otacza naturalna szata zieleni i strzeliste zbocza gór. Rafting w tym miejscu musi dostarczać niesamowitych doznań.

Miejsce to jest tak unikatowe, że w drugiej połowie lat 70-tych XX wieku zostało wpisane na listę rezerwatów biosfery UNESCO. Zestawienie to prezentuje miejsca o szczególnym ekosystemie odpowiednim dla danego regionu. I choć nam ludziom powinno zależeć na tym, aby takich rejonów przybywało, to niestety ciągle ich ubywa. Pewnie będą i tacy, którzy wskażą, że przecież wyznaczane są nowe. Dewastujący wpływ człowieka na środowisko przynosi swoje żniwo. Zresztą możecie przekonać się sami, jeśli wejdziecie na stronę UNESCO (tu same rezerwaty europejskie i północno-amerykańskie: http://www.unesco.org/new/en/natural-sciences/environment/ecological-sciences/biosphere-reserves/europe-north-america/ ).

No dobra, nie narzekajmy, działajmy i cieszmy się tym, co nam jeszcze zostało. My zatrzymaliśmy się w chyba najbardziej popularnym miejscu kanionu – na Moście Durdevica. Jego nazwa pochodzi od pobliskiej wsi. Gdy go budowano, pod koniec lat 30-tych XX wieku był największym tego typu (most łukowo-betonowy) obiektem w Europie. Jego wysokość w najwyższym punkcie wynosi 172 metry. To około 50 pięter w standardowym budownictwie mieszkaniowym. Wyobraźcie sobie, jak muszą się czuć ci, którzy skaczą stamtąd na bungee. Zresztą, co Wam tu będziemy pisali, najlepiej zobaczyć to samemu, chociażby na zdjęciach zamieszczonych poniżej.

Piękna tego miejsca nie mogli nie zauważyć również filmowcy. Swój ekranowy debiut Most na Tarze zaliczył w 1978 roku, gdy na ekrany kin trafił wielki przebój niedawno zmarłego reżysera Guya Hamiltona I – Komandosi z Navarony.

My po kilku okrzykach zachwytu i wykonaniu zdjęć zajrzeliśmy do okolicznych straganów i sklepików. A Pan Dzwoneczek, marynarz (którego ksywka pochodziła od zakupionego wcześniej dużego dzwonka ręcznego z napisem Czas na SEX, mającego być prezentem dla żony), jak zwykle pojawił się po chwili z buteleczką miejscowego napoju wysokoprocentowego.

Był już najwyższy czas, aby ruszać w dalszą drogę, górskie ścieżki nas wzywały. Pojechaliśmy więc do najwyżej położonego miasta czarnogórskiego, jakim jest Zabliak. Nie eksplorowaliśmy jednak tej miejscowości, a skierowaliśmy się leśną drogą w kierunku Czarnego Stawu. Roztaczają się stamtąd niesamowite widoki na Góry Durmitor. Ich szczyty można porównać do naszych Tatr, zarówno pod względem wysokości, jak i ukształtowania, jedynie roślinność jest inna. Po dojściu do wody, poszliśmy wyznaczonym szlakiem w prawo (uwaga oznaczenia polskie i czarnogórskie trochę jednak się różnią). Początkowo droga wiodła pod górę przez las, a potem wraz ze wzrostem wysokości, wśród skał pokrytych niską roślinnością.

Przed nami otwierały się coraz to piękniejsze widoki, a że trasa nie była zbyt wymagająca to nawet ci, którzy nie byli zbyt mocno zaprawieni w górskich wędrówkach, nie odczuli jej zbyt mocno. Jako że czas mieliśmy dość dobry, po chwili odpoczynku przy górskim szałasie, w którym jakiś miejscowy góral sprzedawał piwo (na nas jednak nie zarobił – pamiętajcie alkohol i góry to zła mieszanka), postanowiliśmy jeszcze wdrapać się trochę wyżej. Mimo że podejście było bardziej strome i niektóre twarze przybrały czerwonego blasku, okraszonego rosą potu, to warto było to zrobić. Widoki były cudowne.

Schodziliśmy tą samą drogą, bo musieliśmy zdążyć do naszego hotelu na obiadokolację. Nie mogliśmy więc wybrać dłuższej, okrążającej szczytami Czarny Staw. Gdy dotarliśmy do tafli wody, niezmąconej nawet jedną falą, na ustach wszystkich obecnych szczerzyły się uśmiechy zadowolenia. My też mieliśmy wielkie banany na twarzach i cieszyliśmy się, że nie będzie to ostatnia taka wędrówka w czasie tego wyjazdu.

Kolejnego dnia mieliśmy na chwilę opuścić Czarnogórę i odwiedzić Albanię. Kraj, o którym naprawdę dużo wiedzą nasze znajome Iza i Kamila z blogów: Moja Albania i Kamomil. Celem było miasto Szkodra oraz wznosząca się w jego pobliżu Twierdza Rozafa.

13 uwag do wpisu “Górski chill out

  1. Super! Chodziłeś niemal moimi ścieżkami (a może ja twoimi 😉 My z siostrą w Czarnogórze spędziłyśmy prawie tydzień, przejeżdżając ją z południa na północ i z powrotem na południe. Bardzo mi się spodobał ten kraj. Właśnie zaczęłam cykl wpisów na ten temat, więc serdecznie zapraszam 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s