Bałkany – na granicy dwóch państw

I nastał dzień piąty naszego wyjazdu na Bałkany. Dzień, w którym mieliśmy przenieść się na jedną noc do Albanii, chyba najbardziej „dzikiego” obecnie kraju Bałkanów. Zanim tam jednak dotarliśmy, zawadziliśmy jeszcze o bardzo ważny monastyr i przepiękny kanion.

Gdy rano wsiedliśmy do naszego środka transportu, dzieliliśmy się wrażeniami z dni poprzednich i zastanawialiśmy się, jak minie kolejny. Zgodnie z radą, jakiej udzielił nam przewodnik, nie kupowaliśmy albańskich leków (waluta), bo przecież można płacić kartą lub od biedy euro. Decyzja ta kosztowała mnie sporo kasy, ale o tym później.

W podróży do pięknie położonej granicy pomiędzy Czarnogórą i Albanią wspięliśmy się (no dobra, podjechaliśmy prawie pod samą bramę) do jednego z najważniejszych średniowiecznych klasztorów prawosławnych. Monastyr Moraca, którego nazwa pochodzi od przepływającej niedaleko rzeki, został wybudowany w połowie XIII wieku, przez… a jakże, członka rodziny Nemaniczów (o których wspominałem już w poprzednich tekstach). Dziś można do niego dojechać piękną asfaltową drogą, kiedyś trzeba było mozolnie pokonywać górskie ścieżki. I to właśnie jego niedostępność spowodowała, że poza życiem klasztornym odbywały się w nim tajne spotkania, sejmiki i zjazdy klanów, na których ustalano strategię kierowania regionem, a nawet całym krajem.

Strategiczna lokalizacja nie ustrzegła jednak tego miejsca przed najazdem wojsk tureckich w pierwszych latach XVI wieku. Dokonały one ogromnych zniszczeń w jedynej wtedy cerkwi pw. Wniebowzięcia NMP i doprowadziły do zawieszenia działalności na ponad 50 lat. Potem odnowiono budynek. Życie klasztorne tętniło w nim aż do początków XIX wieku. W międzyczasie dobudowano w miejscu starej zniszczonej wieży kolejną cerkiew, która nosi wezwanie św. Mikołaja.

Kolejna dewastacja w 1813 roku spowodowała, że ciężko dziś dopatrzeć się najstarszych fresków, choć oczywiście można to zrobić. Jednym z ciekawszych jest ten, na którym przedstawiono jak św. Eliasza (faceta, który potrafił wskrzeszać zmarłych) dokarmiały kruki.

Po chwili zwiedzania budynków odpoczęliśmy w pięknych ogrodach, na tyłach których ustawiono pasieki. Oczywiście trzej mnisi, którzy opiekują się tym miejscem, zadbali o to, aby można było zakupić produkowany tam miód. Można też przysiąść na ławeczce i raczyć się różnymi ciepłymi i zimnymi napojami, co i my uczyniliśmy.

Po chwili relaksu ruszyliśmy w dalszą drogę. Aby dojechać do albańskiej granicy, musieliśmy skierować się na szosę, która wiedzie wzdłuż pięknego kanionu rzeki Moraca. Sama droga wiedzie przez wykute w skale tunele, których na niewielkim odcinku jest aż 32. Za jednym z nich zjechaliśmy na prowizoryczną zatokę i mogliśmy podziwiać wartko płynącą wiele metrów pod nami wodę. W najwyższych miejscach głębokość kanionu dochodzi do 1000 metrów, co niewątpliwie jest wartością imponującą. Z naszej perspektywy jednak widok był dużo gorszy, więc nie zabawiliśmy w tym miejscu długo. Możemy powiedzieć Wam tylko, że ponoć z okien pociągu widać kanion dużo lepiej.

W końcu dotarliśmy do położonej w niezmiernie malowniczym miejscu granicy oddzielającej Czarnogórę od Albanii. Nasi kierowcy wiedzieli, co należy zrobić, aby odprawa (a wręcz jej brak) potoczyła się szybko. W tym celu wyskoczyli z pojazdu z dwiema pełnymi siatkami, a wrócili po pięciu minutach bez nich. Ciekawiło nas, jakie podarunki pomogły przekroczyć nam granicę, więc przy nadarzającej się okazji spytaliśmy o to. Powiem Wam, że to co usłyszeliśmy wprawiło nas w osłupienie. W reklamówkach znajdowały się bowiem: 10 euro, piwo i butelka z… wodą. No cóż, jaki kraj takie wymagania.

A skoro już przy kraju jesteśmy, to może powiemy Wam kilka słów na jego temat. Pierwsze państwo albańskie powstało około XII wieku i niestety położenie mu nie sprzyjało,więc szybko zostało podbijane przez Serbów i Turków. Dominacja tych ostatnich doprowadziła do upadku największych ośrodków kulturalnych. Na początku XX wieku Albania proklamowała niepodległość – tyle, że zaraz potem były dwie wojny światowe i okupacja państwa. Choć może i dobrze się stało (oczywiście w niektórych aspektach), bo powstały drogi oraz polepszyła się cała infrastruktura. Po II wojnie światowej Albania była komunistyczna aż do lat 90-tych XX wieku. Potem podczas walk w Kosowie była główną bazą wypadową dla wojsk amerykańskich. Obecnie jest członkiem NATO i stara się o wejście do Unii Europejskiej.

No dobra, tyle o historii książkowej, czas na naszą. Po minięciu granicy krajobraz roztaczający się przed nami jakby się zmienił. Zdawał się sporo uboższy i bardziej groźny. Co jakiś czas mijaliśmy porozrzucane wzdłuż drogi stare bunkry, z których jeszcze kilkanaście lat temu prowadzono ostrzał, co widać na ich ścianach.
Nasza podróż nie trwała jednak zbyt długo, bo już po około 30 km dotarliśmy do celu, którym była miejscowość o nazwie Szkodra. Na pierwszy rzut poszła jej największa atrakcja. Położona na wzgórzu duża kamienna budowla – Twierdza Rozafa. Gdy wysiedliśmy u podnóża wzniesienia, podbiegło do nas kilka psów. Czworonogi były wygłodniałe, więc jedna z koleżanek zaczęła je dokarmiać. Po chwili ruszyliśmy pod górę i już po kilku minutach znaleźliśmy się na szczycie, skąd rozpościerał się niesamowity widok na całą okolicę. Teraz już zrozumieliśmy, czemu wybrano to miejsce na wzniesienie tak strategicznej budowli. Zanim opowiemy Wam jednak o niej, to zwrócimy tylko uwagę na budynek, który dostrzegliśmy w dole. Położony był blisko zakola rzeki, wśród zieleni i wyraźnie odstawał od pobliskich domostw. Nie ma się zresztą co dziwić, w końcu nie był to dom mieszkalny, a meczet. Jego nazwa pochodzi od wyraźnie wybijającej się w bryle architektonicznej kopuły. Została ona wykonana z ołowiu i dlatego właśnie jest to Meczet Ołowiany. Wybudowano go w XVIII wieku, a już w drugiej połowie XX wieku, gdy Albanię ogłoszono całkowicie ateistycznym państwem, niewiele brakowało, a zostałby rozebrany. Udało się jednak tego uniknąć.

Wróćmy jednak do twierdzy. Spacerując pomiędzy jej zniszczonymi murami, przypomnieliśmy sobie zasłyszaną kiedyś mroczną, a zarazem pełną poświęcenia legendę o budowie tego miejsca. Otóż gdy trzej bracia postanowili wznieść warowny zamek, ten co noc rozpadał się i prace trzeba było zaczynać od nowa. Gdy już zwątpili i mieli zaprzestać, z porannej mgły wyłonił się starzec i powiedział im, że jeśli przysięgną zachować tajemnicę, to wyjawi im, jak postawić niezdobytą twierdzę. Zapewnili go, że nie pisną nikomu ani słowa. Sekret polegał na tym, że jeden z nich – ten, którego żona pierwsza przestąpi mury budowy – musi ją w nich zamurować. Straszne, prawda? Desperacja ludzka nie zna granic i często nie liczą się nawet więzy rodzinne. Dwaj starsi bracia wygadali się przed żonami, które kolejnego dnia wysłały z posiłkiem dla robotników oblubienicę najmłodszego. Lamentom, gdy ją zobaczył, nie było końca. Kiedy kobieta usłyszała, o co chodzi, postanowiła się poświęcić. Postawiła jednak warunek. Murując ją, muszą to zrobić tak, aby ze ściany wystawała jej prawa połowa. Okiem i ręką chciała uspokajać nowonarodzone dziecko, a piersią karmić je.

Czy bracia poszli na to? Wygląda, że tak. Twierdza Rozafa (tak na imię miała biedna kobieta) przetrwała kilka wieków, dzielnie broniąc dostępu do Szkodry.

Po zameldowaniu się w hotelu wyskoczyliśmy na miasto zrobić mały rekonesans i coś zjeść. Naszą podróż ulicami Szkodry zaczęliśmy od pomnika Matki Teresy. Choć większość kojarzy ją z Kalkutą, bo tam zasłynęła ze swojej działalności dobroczynnej, to była ona jednak Albanką. Zdawałoby się więc, że z postawieniem takiego upamiętnienia nie będzie żadnego problemu, jednak to, że jest ona również uznana za świętą w kościele katolickim, spowodowało duże zgrzyty. Przeciwni temu monumentowi byli muzułmanie, którzy dokładnie naprzeciw pomnika mają wybudowany w 1995 roku meczet Al-Zamil i jest on najważniejszą budowlą sakralną dla wyznawców Allaha w Szkodrze.

Idąc dalej, podziwialiśmy piękno pobliskich uliczek, aż w końcu doszliśmy do XIX-wiecznego kościoła franciszkanów, który w czasach komunizmu był zamknięty. A skoro już o nich mowa to trzeba nadmienić, że ojczulkowie z tego zakonu założyli w Szkodrze pierwsze seminarium, szkołę podstawową, a później liceum, w którym mogli uczyć się zarówno katolicy, jak i muzułmanie.

Po kilku kolejnych minutach marszu stanęliśmy przed archikatedrą katolicką pw. świętego Szczepana. Wybudowano ją w drugiej połowie XIX wieku, a po 69 latach została przez komunistów zamknięta i otworzono w niej halę sportową. Dziś po odrestaurowaniu i ponownej konsekracji gromadzi wiernych zarówno miejscowych, jak i przyjezdnych.

Na koniec dnia poszliśmy małą grupką do restauracji, którą polecała nam jedna znajoma. Teraz i my możemy pozytywnie zaopiniować Wam posiłki i atmosferę w Vila Bekteshi, która mieści się przy Ruga Hasan Riza Pasha 33.

Jeśli uważnie czytaliście od początku, to wiecie, że straciłem w Albanii trochę kasy, a jak to się stało? No cóż, według mnie warto wziąć jednak miejscową walutę do kraju, w którym ciężko zapłacić kartą, a z euro wydają w lekach. Szczególnie gdy rano chce się przed wyjazdem zrobić zakupy spożywcze na drogę.

W kolejnym tekście wrócimy z Wami do Czarnogóry, aby zwiedzić Bar, Budvę, wyspę św. Stefana oraz zobaczyć jedną z najstarszych na świecie oliwek, która ma… 2000 lat.

2 uwagi do wpisu “Bałkany – na granicy dwóch państw

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s