Monreale i Erice – miasto we mgle

Kto wybudował przepiękną katedrę tuż przy Palermo? Gdzie zobaczyliśmy pocztówkowy widok na morze? Czy podczas wyjazdu na Sycylię po karku może przelecieć Wam dreszcz? Na te pytania i wiele innych znajdziecie odpowiedź w poniższym tekście. Dziś na tapetę idzie nasza podróż z Palermo do Trapani.

Rano po lekkim śniadaniu wyruszyliśmy w drogę z Palermo do Trapani. Po drodze chcieliśmy zawadzić o małą miejscowość położoną na wzgórzu, której nazwa brzmi Monreale. Początkowo była to niewielka osada, nie znacząca zbyt wiele przy tętniącej życiem stolicy Sycylii. Sytuacja zmieniła się dopiero, gdy na początku X wieku wyspę podbili Muzułmanie i założyli Emirat Sycylijski. Biskup Palermo zmuszony był uciekać z miasta i schronił się w oddalonej o 8 km osadzie. W mieszczącym się tam kościele sprawował swoje funkcje. Minęło niecałe 200 lat i na najbogatszą wyspę Morza Śródziemnego dotarli Normanowie. Kim byli? Sama nazwa wskazuje ich pochodzenie – „ludzie północy”. Potomkowie dzielnych i brutalnych Wikingów, szybko i krwawo rozprawili się ze słabnącą już wtedy dominacją arabską.

Pod ich panowaniem Sycylia się rozwijała. Królowi normandzkiemu nie spodobały się duże wpływy, przywróconego do Palermo biskupstwa. Postanowił więc wybudować w Monreale piękną i okazałą katedrę, która przyćmi wszystkie kościoły wokoło. W 1178 roku, wybudowany przy udziale największych mistrzów architektonicznych i artystów, kościół bullą papieską podniesiono do rangi katedry. Do dzisiaj jest to najważniejszy zabytek tego miasta. I to właśnie do niego się udaliśmy. Z zewnątrz, wybudowana przez Wikingów, świątynia nie robi jakiegoś oszołamiającego wrażenia. Jednak gdy po wykupieniu biletów (normalny 10 euro, ulgowy 7 euro, obejmujących również wejście na dach) zanurzymy się we wnętrza, „kopara” opada nawet gdy sztuka nie jest tym, co lubimy najbardziej. Dawno nie widzieliśmy tak zdobnego kościoła, którego przepych i artyzm wykonania każdego detalu, od posadzki aż po dach jest jednym wielkim dziełem. Za największe uznaje się ponoć robiącą duże wrażenie mozaikową podobiznę Chrystusa Pantokratora, której wymiary wynoszą 7 x 13,5 m oraz przedstawione na ścianach obrazy scen biblijnych. Zresztą nie da się tego opisać, zobaczcie sami na zdjęciach.

Na dach trzeba się wspiąć po schodach umieszczonych czasami w wąskich korytarzach. Widok z góry zapiera jednak dech. Widać całą okolicę oraz majaczące w oddali szczyty gór. Nawet położone w dole miasteczko nabiera innych jakby bardziej żywych barw. Spacer zewnętrzną stroną dachu nie powinien być straszny nawet dla osób z lękiem wysokości, gdyż całość kładki ogrodzona jest dość wysokim ogrodzeniem.

Gdy opuściliśmy już największą atrakcję, postanowiliśmy jeszcze pospacerować trochę uliczkami miasta. Mikołajowi kiszki zaczynały już grać marsza, tym bardziej że przez to, że przeoczyliśmy jeden ze zjazdów w Palermo, do Monreale przyjechaliśmy bocznymi, wąskimi i krętymi drogami. Przy stylu jazdy Sycylijczyków powodowało to lekkie poddenerwowanie i występowanie syndromu mokrego czoła. A jak wiadomo stres pobudza apetyt. Włócząc się wśród wąskich alejek, rozglądaliśmy się za jakimś miejscem do wypicia kawy i przegryzienia drugiego śniadania. Nie było to łatwe, bo zaczęła się już sjesta. W końcu na jednym z placów zauważyliśmy piękny, kolorowy wóz, a tuż przy nim otwartą trattorię. Niestety nasza radość była przedwczesna. Otwarte nie znaczy – tu zjesz i wypijesz. Kelner poinformował nas, że owszem zaprasza, ale… gdy skończy się sjesta. Kiedy odchodziliśmy już zrezygnowani w kierunku samochodu, drogę zagrodziła nam jakaś kobieta i stwierdziła, że mamy iść za nią. A co tam – pomyśleliśmy – i ruszyliśmy. Prowadząc nas przez zaplecze, pokazała nam wolny stolik i zaproponowała kawę i słodkie ciasteczka. Byliśmy jak w raju. Konsumując posiłek, dowiedzieliśmy się o odbywającym się w Monreale co roku święcie na cześć Świętego Krzyża. Ta kilkudniowa impreza, połączona z barwną procesją, odbywa się zawsze na początku maja. Co ciekawe, trwa nieprzerwanie od 1625 roku.

Na koniec wizyty w Monreale jeszcze jedna informacja. Możecie tam dojechać również nie mając samochodu, wystarczy wsiąść w autobus miejski linii 389 odjeżdżający z Palermo.

Posileni ruszyliśmy w dalszą drogę. Na szczęście, prowadziła ona już lepszymi ulicami. W pewnym momencie po naszej prawej stronie ukazał się piękny widok na morze. Na pierwszym zjeździe zatrzymaliśmy samochód i udaliśmy się na punkt widokowy. Pod nami rozpościerała się panorama na Castellammare del Golfo. Miasteczko, którego nazwę można przetłumaczyć jako „Twierdza Morska nad Zatoką”. Tak naprawdę ciężko powiedzieć, kiedy powstało. Historycy przyjęli, że było portem dla pobliskiej Segesty, o której napiszemy Wam w kolejnych tekstach. Patrząc tak, wcale nie byliśmy zdziwieni, że miejsce to nazywa się najpiękniejszym półwyspem na Sycylii oraz że było plenerem dla wielu filmów i seriali. Są też i ciemne karty w historii tego miasta – z Castellammare del Golfo pochodzili najwięksi bossowie mafii sycylijskiej operujący na terenie Stanów Zjednoczonych.

Po krótkiej sesji fotograficznej jaką sobie zafundowaliśmy w tamtym miejscu (patrz zdjęcia), ruszyliśmy dalej. Pogoda nie rozpieszczała nas i obok silnego wiatru zaczęły pojawiać się chmury.

Po pewnym czasie dojechaliśmy do stóp sporego wzniesienia, na którego szczyt prowadziła dość kręta droga. Pokonawszy ją, znaleźliśmy się wśród chmur i mgieł. Naszym oczom z jednej strony ukazały się zabudowania wręcz mitycznego i mistycznego miasteczka Erice, a z drugiej widok na leżące w dole Trapani i ciągnące się za nim Saliny.

Zaparkowaliśmy samochód i już z buta ruszyliśmy dalej. Wszystko wokół było jakieś senne, prawie złudne. Mgła tworzyła atmosferę niczym z podrzędnego horroru, a chmury wyciszały nasze kroki. Innych nie było słychać, bo nie widzieliśmy tam nikogo.

Erice był synem przepięknej bogini Wenus i Bute i to właśnie on według legendy założył miasto, a następnie poświęcił swojej matce. Wolicie zostawić bogów w spokoju? To może przypadnie Wam do gustu opowieść, że budowniczymi pierwszej osady na tym wzgórzu byli uciekinierzy z rozdartej wojną Troi. Oni też hołubili tam Wenus/Afrodytę. To właśnie jej świątynię, a właściwie ruiny po niej odnaleziono na terenie zamku położonego na brzegu urwiska. Nie ostała się w całości do naszych czasów, bo… każda religia przemija, a na jej gruzach powstają nowe. W tym wypadku to stwierdzenie należy potraktować dosłownie. Kamienie ze świątyni pięknej kobiety zrodzonej z piany posłużyły do budowy, w pierwszej połowie XIV wieku, Katedry Królewskiej. W ogóle całe miasteczko podzieliło jej los, nawet już trochę wcześniej. I dlatego to co widzimy dzisiaj to XIII i XIV-wieczne budynki. Spoko, i tak robią spore wrażenie, więc śmiało możecie się tam wybrać. My spędziliśmy na szczycie kilka godzin, włócząc się sennymi uliczkami. Ciszę przerwała nam jedynie ekipa filmowa, która rozstawiała się koło zamku, a potem para karabinierów na patrolu (robili go chyba tylko z przyzwyczajenia, bo raczej w taką pogodę nie zaglądał tam nikt poza nami).

Przez miasto przebiegają dwa szlaki turystyczne czerwony i niebieski. Są dość dobrze oznaczone i trudno się na nich zgubić. My jednak woleliśmy spacer tymi uliczkami, które nam się spodobały. Oczywiście poza wspomnianymi budowlami odwiedziliśmy również wszystkie ważniejsze miejsca, a więc: park Giardino del Balio, najstarszy (XI-wieczny) w Erice kościół św. Juliana (wyraźnie wyróżniający się swoja elewacją spośród pozostałych zabudowań) oraz kościoły San Cataldo, San Francesco, San Carlo, San Pietro, San Martino, jak i bramę wraz z obwarowaniami miejskimi (legendy przypisują ich powstanie Dedalowi, który po brawurowej ucieczce na własnoręcznie wykonanych skrzydłach czmychnął Midasowi sprzed nosa). Nie udało nam się jednak wejść do Muzeum, w którym znajdują się ponoć najcenniejsze i najbardziej znamienite zabytki odnalezione na tych terenach.

Jeśli nie macie samochodu, to najlepszym – i pozwalającym na rozkoszowanie się przez 10 minut przepięknymi widokami – sposobem dotarcia do Erice jest skorzystanie z linowej kolejki gondolowej, która odchodzi ze stacji mieszczącej się w Trapani i podwozi na samą górę. Koszt przejazdu w obie strony to 9 euro. Można też pojechać tylko w jedną, a potem zejść na piechotę szlakiem pieszym. Wybór pozostawiamy Wam.

A już za dwa tygodnie dowiecie się, jakiego psikusa spłatała nam pogoda i odwiedzicie z nami Trapani i Segestę. Natomiast za tydzień na blog wskoczy mały przerywnik od „gorącej” Sycylii, w którym udamy się trochę dalej na północ.

Wcześniejsze teksty o naszej wyprawie na Sycylię znajdziecie tutaj:
Sycylia – od strony praktycznej
Palermo – mafia i kościoły
Palermo wstyd i wiara

4 uwagi do wpisu “Monreale i Erice – miasto we mgle

  1. Wasz wpis jest lepszy od niejednego przewodnika, dla mnie to super zachęta, by zwiedzić Sycylię. Katedra imponująca, rzeczywiście zapiera dech 🙂
    A widoki na śliczne sycylijskie miasteczka też przepiękne 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s